Site icon KOSTNICA – POZORNIE MARTWA STREFA || Kostnica.Com.PL

OPOWIADANIa – DWA NA DROGĘ – PAWEŁ PIETRZAK

Muszę napisać kilka słów o tym e-booku. Oba teksty w nim zawarte powstały może i ze dwadzieścia lat temu. Wtedy to – jako nastolatek – przeżywałem boom fascynacji Stephenem Kingiem (i chyba horrorem jako takim). Czytałem w ilościach hurtowych, ślęcząc nad książkami i pozwalając wyobraźni podróżować. Dużo też pisałem – nadal mam zeszyty zapisane od okładki do okładki opowiadaniami, wprawkami do opowiadań, pojedynczymi zdaniami. Dużo tego…
„Prosto Szosą 45” i „Bydlę Jenkinsa” stanowią w moim sercu trzon drużyny z tamtych czasów. Pisałem je, bo pragnąłem stworzyć coś „w stylu” Kinga, może niejako oddać mu hołd za wszystkie iskry, które wywoływały pożary w moich myślach i na papierze. Poza tym te dwa opowiadania napisałem, korzystając ze starej niemieckiej maszyny do pisania (ach, ten cudny dźwięk dzwoneczka, gdy kończyła się linijka) i dorysowując po każdej zapisanej kartce polskie znaki. To takie wyjątkowe historie, jedyne, które doczekały się w tamtych czasach edycji możliwej do odczytania nie tylko przeze mnie (moje pismo odręczne może nie jest lekarskie, ale pielęgniarskie na pewno:)).
Odnalazłem oba opowiadania kilka miesięcy temu, schowane w pudle na strychu (bardzo to literackie, prawda?) i postanowiłem je przepisać. Bez zbytniej ingerencji w treść i styl, zachowując ich słownictwo i kształt. Tak dla czystej przyjemności obcowania z dawnym mną – chłopakiem, który czuł, że wszystko jeszcze przed nim.
Wiem, że obie historie przypominają tylko nieudolne wprawki, może kogoś nawet zniechęcą. Pamiętajcie tylko o tym, że pisał je młody koleś, który był swoim własnym czytelnikiem, krytykiem i archiwistą…
Miłej lektury.
Pozdrawiam serdecznie.
Paweł Pietrzak


Thanks a lot, bro…
BYDLĘ JENKINSA
Dlaczego tan kundel nie zdycha? Czemu wciąż żyje, zawszony potwór? Czemu nie chce zakończyć swego zasranego żywota? Umieraj, bydlaku! Daj mi wreszcie spokój!
A wy – zamknijcie mordy! Nie drzyjcie się tak na mnie. Wyświadczam wam przysługę. Ryje w kubeł! Zaraz skończę.
Zaraz…

Wiem, kiedy pojawił się w moim życiu. To było osiemnaście lat temu. Spytałem kiedyś starego i kompletnie siwego Jenkinsa – właściciela tego monstrum – ile ono ma lat. On tylko popatrzył na mnie swymi zaczerwienionymi, pijackimi ślepiami i odparł: „Jest stary… stary jak ja.” Wtedy mu uwierzyłem. Chodziłem do podstawówki i całkiem możliwe wydało mi się, że ten pies miał koło pięćdziesiątki.
Włóczył się po mieście i wszyscy ludzie klepali go po wielkim, obleśnym łbie, pozdrawiali idiotycznymi: „Cześć, Scud, jak leci?” (jakby to durne bydlę cokolwiek rozumiało) albo częstowali kośćmi, kanapkami, czy innym paskudztwem. A on puszył się jak pryszczaty paw, merdał swym długim ogonem i grzecznie podstawiał głowę do głaskania. A w oczach miał ten przebiegły, dziwny błysk, który mówił wręcz: „Adorujcie mnie, po to tu jestem.” Zaskakujące, jak tak nierozumny i potwornie ohydny zwierz potrafił wykorzystać cień inteligencji i wrodzonego sprytu, by owinąć sobie ludzi wokół… pazurów. I chyba ludzie byli głupsi od niego, bo szczerzyli zęby w tępej radości, gdy podchodził do nich, czekając na pieszczoty i smakołyki.
Żarł jak świnia, śliniąc się i wypluwając kawałki przeżutego jedzenia. A debile wokół zaśmiewali się, pokazując go palcami:
– Patrz, jak żre, jak twoja żona, Jack!
HA, HA, HA!
– Jak rozkosznie trzyma sobie kość łapami.
HA, HA, HA!
Och, nienawidziłem tych chwil, gdy idąc chodnikiem już z daleka słyszałem rechot ludzi.
A szczególnie nienawidziłem Jenkinsa – właściciela tego… czegoś. Za to, że go miał. Za to, że go puszczał samopas. Za to, że dawał mu schronienie we własnoręcznie zbudowanej budzie. Za to, że nie uśpił tego psa zaraz po jego narodzinach.
Stary ciul chłonął popularność, jakiej przysporzył mu Scud. Co niedzielę, ubrany w garnitur, paradował z bydlęciem, trzymając je na smyczy i ze śmiechem odpowiadał na pytania mieszkańców miasteczka:
– Piękny dzień na spacerek z naszym Scudem, co – panie Jenkins?
– Piesek już po obiadku, czy spacerkiem zaostrza sobie apetyt?
– Zabij go, idioto, bo cię kiedyś w nocy zeżre – pragnąłem krzyknąć, lecz zaciskałem wargi.
Miałem dopiero siedem lat i już nienawidziłem. Boże, ależ to niszczące uczucie.
I Scud chyba wiedział, że go nie znosiłem. Patrzył na mnie w taki sposób, jakby chciał mi powiedzieć: „Znam cię, mały. Przejrzałem cię. Uważaj na plecy.” Odwracałem wzrok i przyspieszałem kroku.
Tak, na pewno mnie nie cierpiał.

Mieszkałem z rodzicami w małym domku na zachodniej krawędzi miasteczka. Uwielbiałem to miejsce. Właściwie cały budynek był otoczony lasem, w którym żyły tysiące ptaków. W ciągu dnia śpiewały one z takim zapałem, że aż chciało się żyć. Często chodziłem po tym lesie z mamą lub tatą i to były moje ukochane chwile, zapamiętane z dzieciństwa.
A nocą… Nie, nie bałem się go. Nie wiem właściwie, dlaczego. Przecież wszystkie dzieci boją się nocnego lasu, tego, co się w nim kryło. Dla mnie był to po prostu normalny las, tyle że ciemny.
Nie wiem, co planował Scud, bawiąc się ze mną w strachy. Pewnie chciał pokazać, kto tu cholera jasna rządził i że on miał więcej siły. Był tylko durnym zwierzęciem, ale robił ze mną to, co chciał. A ja nie mogłem mu się przeciwstawić.
Pierwszy raz stanąłem z nim oko w oko (a raczej oko w ślepie) w dwa dni po mojej króciutkiej rozmowie ze starym zgredem Jenkinsem („…Jest stary…”). Siedziałem w lesie, oparty plecami o jakieś drzewo. Dzień był cudowny i nagle usłyszałem szelest liści i z zarośli wylazł Scud. Zmartwiałem, a on tam sobie stał. Gapił się na mnie, a z ryja ciekła mu ślina, jakby miał na mnie chrapkę. Bo pewnie tak było… Stał, a ja siedziałem… nie wiem, jak długo. Może minutę, może dziesięć. Chyba nawet nie oddychałem. Byłem przerażony, jak nigdy przedtem (ale niestety, wiele razy później). Czy myślał o tym, by mnie zaatakować? I zagryźć? Początkowo tak sądziłem, ale po jakimś czasie zrozumiałem, że durnowaty bydlak chciał mnie sprawdzić, czy potrafiłem walczyć i się obronić. Przekonał się pewnie, że nie warto się mnie obawiać, bo obrócił się i skrył w zaroślach.
A ja pobiegłem do domu, niemal oślepły ze strachu, pchany do przodu instynktem. Przegrałem pierwsze starcie… Już nigdy więcej nie wszedłem do lasu sam (nie, jeszcze tylko raz, tylko jeden), a i z rodzicami miałem przed tym opory. Las przestał (ot tak) być dla mnie miejscem cudownym. Scud – pieprzony potwór – znalazł sobie zabawkę. Mnie.

Zostaw mnie! Puść mnie, idioto! Zrozum, że na tę chwilę czekałem prze prawie dwadzieścia lat! Prawie dwadzieścia lat kuliłem się ze strachu na widok jakiegokolwiek dużego psa, na samo echo jego szczeknięcia. Wystarczy!
Zdychaj!

Scud się mnie uczepił.
Po tym spotkaniu w lesie pojawiał się w najmniej oczekiwanych momentach. Wychodziłem z domu i widziałem go, zaczajonego za drzewem. Szedłem ulicą, a on przebiegał obok mnie, szczekając niespodziewanie, a ja wzdrygałem się. Przykrywałem się kołdrą, a do moich uszu dobiegało wycie Scuda, ukrytego gdzieś w lesie.
Boże, ależ ja się bałem. Bydlak doskonale się bawił, pociągał sznurkami, do których przywiązane były moje ręce i nogi. Kierował mną, ja zaś nie mogłem mu się przeciwstawić. Nienawidziłem tego psa; w marzeniach widziałem jego ciało rozszarpywane przez kosiarkę, jego kości łamane przez pędzącą ciężarówkę. To były jedyne chwile wytchnienia. Gdy wieczorem zamykałem oczy, a rodzice już pocałowali mnie na dobranoc, ja widziałem krew psa Jenkinsa. Krew płynącą z otwartych ran na ciele tego monstrum. Byłem normalnym siedmiolatkiem o nienormalnym umyśle, w którym szalał Scud.
Moje dzieciństwo śmierdziało tym zwierzęciem, miało kolor jego sierści.
A rodzice nie zdawali sobie z niczego sprawy. Nie mieli najmniejszego pojęcia, że wychowywali najbardziej znerwicowanego i przerażonego dzieciaka Ameryki. Nie wiedzieli o niczym.
Byli tacy sami, jak cała reszta świty tego potwora. Ileż razy widziałem ich roześmiane twarze, gdy głaskali to monstrum po obleśnym łbie. Mieli niezłą radochę, gdy bydlak łasił się do nich z doskonale udawaną pokorą po to tylko, by otrzymać kolejny kęs jakiegoś psiego żarcia. Moi rodzice go (oczywiście) uwielbiali.
Uwielbiali. Dostrzegałem to w ich oczach. Dostrzegałem to w ślepiach Scuda. „Nie masz rodziców. Patrz, co z nimi zrobiłem!”, mówiły.
Tak, to były posrane czasy. Czułem się jak błazen na dworze króla Scuda. I, jak każdy błazen, miałem w głowie beznadziejne dowcipy.

Pomysł wpadł mi do głowy w środku sierpnia. No dobrze – było to ósmego sierpnia, a ja poczułem zapach śmierci. Oczywiście, śmierci prowadzącej na smyczy potwora.
Szedłem chodnikiem, chyba wracałem ze sklepu. Rzucałem wokół siebie przerażone spojrzenia, pewien, że gdzieś tam, za rogiem, w cieniu, czyhał potwór. Już od kilku miesięcy bawił się ze mną w kotka i myszkę, a moja nora była niedaleko stąd. Nie widziałem go. Może się nażarł i spał albo zdobywał kolejne laury w konkursie lizydupstwa. Nie wiedziałem. W każdym bądź razie, nigdzie go nie było.
No i wracałem skądś do domu. Ulica była wyludniona. Nic w tym dziwnego – południe, cztery dychy w słońcu. Ja sam ledwo żyłem.
Wracałem do domu i wracałem…
Nagle dostrzegłem wóz Jenkinsa – starą furgonetkę, która wyglądała tak, jakby pamiętała jeszcze czasy wojny o niepodległość. Była brudna, zasyfiała i w ogóle sprawiała dość niemiłe wrażenie. I do tego była pusta.
Stała zaparkowana przy zakładzie fryzjerskim starej Chasey. Pewnie zgred był w środku i plotkował z tą wiedźmą. Po całym mieście krążyły wtedy
słuchy o tym, że Jenkins i Chasey chcieli się pobrać. Już sama myśl o ich związku napawała mnie obrzydzeniem. Tworzyliby niezły trójkącik: on, on i bydlę.
Ale to nieistotne.
Stała tam furgonetka i mnie do głowy wpadł pomysł. Jakim cudem on się zrodził? Cholera wie. Dzisiaj nie wydaje mi się on genialny, a raczej debilny, lecz wtedy – ósmego sierpnia – spowodował, że uśmiechnąłem się tak szeroko, jak tylko umiałem.
To durne, ale postanowiłem napluć Jenkinsowi do wozu.
Tak, pomysł był idiotyczny. Wątpię, by moja ślina uczyniła zbyt wielkie spustoszenie na fotelu w samochodzie – z pewnością w takiej temperaturze – wyschłaby, zanim zdążyłbym otrzeć usta. Ale nie dbałem o to. Liczyło się tylko to, iż mogłem choć w drobny sposób odpłacić Jenkinsowi za krzywdy, które mnie spotkały. Tak, tak, o to mi chodziło.
Z perspektywy czasu sądzę, że lepiej byłoby, na przykład, wepchnąć kamień do rury wydechowej. Lecz typowe łobuzerskie zachowania dzieciaków były dla mnie obce, nazbyt wyszukane.
Miałem podejść do okna, puścić gęstą melę na siedzenie i zwiać najszybciej, jak tylko umiałem. Taki był mój plan. Cóż, posiadał on tylko drobny mankament, o którym wtedy – w przypływie euforii – nie pomyślałem.
Tam, gdzie był Jenkins, był też
Scud.
No właśnie. Wcale nie musiał siedzieć ze swoim właścicielem w budynku, nie?
Podszedłem więc do gruchota od strony kierowcy. Zatrzymałem się przy drzwiach. Głową ledwo dosięgałem do lusterka, zatem uznałem, że muszę stanąć na palcach, by mieć pewność, iż mój prezent wyląduje tam, gdzie powinien. Obejrzałem się za siebie. Nie było nikogo. Z zakładu Chasey nie mogłem być dostrzeżony, czyli miałem wolne pole.
Uniosłem się na palcach i skierowałem twarz na otwarte okienko. Nadchodziła biała niespodzianka.
I wtedy wszystko szlag trafił!
Scud.
Jego ogromny łeb wychylił się sponad drzwiczek i jednym błyskawicznym kłapnięciem zaślinionej mordy chwycił mnie za włosy. Opadłem na stopy i szarpnąłem w nadziei, że uda mi się wydostać z pułapki. Ale szczęki bydlaka były mocne niczym imadło. Usłyszałem tylko odgłos wyrywanych kosmyków z mojej głowy. Zabolało.
Schwytał mnie potwór! Trzymał mnie i ani myślał puścić. Czułem ślinę, spływającą po mojej głowie, czułem mocz płynący po udach, czułem łzy rozpaczy…
Nie byłem w stanie się ruszyć. Stałem nieruchomo, a nad sobą słyszałem oddech mojego własnego potwora. Rzeczywiście, głośne wdechy i wydechy brzmiały prawie tak, jakby wydobywały się z układu oddechowego mitycznego smoka, czy czegoś w tym rodzaju.
Płakałem, a on mnie nie puszczał. Nie krzyczałem. Mogłem jedynie jęczeć cichutko:
– Puść, puść…
Nie wiem, jak długo tak stałem. Może tylko kilkanaście sekund. Dla mnie jednak trwało to całe życie. Umarłem, odrodziłem się, a on wciąż trzymał moje włosy w swojej mordzie.
Niespodziewanie zwolnił uścisk. Ja natomiast opadłem na kolana – bezsilny, niezdolny do utrzymania się na nogach. Dotknąłem głowy. Tylko gęsta ślina. Spojrzałem na potwora. Z ledwością go widziałem przez załzawione oczy. Otarłem łzy.
On gapił się na mnie. Z jego pyska wystawały pojedyncze włosy. Moje włosy. Wpatrywał się we mnie i wpatrywał. I nie wiem skąd, ale wiedziałem, o co mu chodziło. Pokazywał mi, że mógłby mnie zabić.
I następnym razem wykorzysta sytuację.
Byłem zwierzyną na polowaniu, a zwierzyna ucieka. Zawsze ucieka.
Wstałem więc i pognałem do domu. Pobiegłem, a za sobą słyszałem oddech potwora.

Rodzice o niczym się nie dowiedzieli.
Oficjalnie niemal potrącił mnie samochód. Mama była przerażona, tata też. Oboje mnie przytulili, a ja płakałem, jak nigdy wcześniej. Mówili: „Już dobrze… Już dobrze…” Ale nie było dobrze.
Płakałem, ponieważ wiedziałem, że nic innego mi nie pozostało. Tylko łzy.

Zdychaj!
Nie, nie, nie mówcie nic! Wiem, co robię! Kończę walkę i tym razem to ja zwyciężam.
Zdychaj!

Jak bardzo może oszaleć siedmiolatek? Jak daleko może się posunąć, gdy jest prowadzony przez umysł, który zatracił wszelką racjonalność? Czy jest w stanie ruszyć na wojnę?
Tak, ależ oczywiście.
To może zabrzmi śmiesznie, lecz ja faktycznie ruszyłem na wojnę. Przeciwnik czekał na mnie, był świadom swej przewagi i miał zamiar ją
wykorzystać. Ja zaś byłem tylko dzieckiem, które musiało stawić czoła wszystkim strachom skumulowanym w podłym ciele jednego zwierzęcia.
Czekała mnie bitwa. Nie chciałem być zwierzyną. Nigdy więcej.
Rodzice byli ślepi na to, co działo się z ich synem. Niech im będzie.
Miałem tylko siebie i nóż ukradkiem zabrany z kuchni. Ależ się bałem… potwornie.

Nie, nie – teraz naprawdę krótko. Jak to się mówi – w telegraficznym skrócie.
Wszedłem do lasu. W prawe dłoni kurczowo ściskałem rękojeść noża. Nie wiem, może raczej powinienem go schować. To bydlę z pewnością na mnie czekało, a jego mózg podpowiadał mu, że nie przyjdę bez broni. Teraz sądzę, że byłem kimś w rodzaju Tezeusza, który wkroczył do lasu-labiryntu i nie miał pojęcia, zza którego zakrętu wyskoczy na niego monstrum.
Szedłem… skradałem się, prawie nieprzytomny z lęku. Moje mięśnie napinały się i rozluźniały, a ja niemal słyszałem ich cichutkie, uspokajające głosiki: „Tylko bez nerwów. Opanuj się.” Właśnie, próbowałem się opanować, ale szło mi kiepsko. Drżałem niczym w febrze, moje oczy przesłaniała mgiełka, której nie potrafiłem zetrzeć. Jezu, nigdy wcześniej tak się nie czułem, jak tego ciepłego dnia, wchodząc na terytorium oznaczone moczem potwora.
Miało być krótko…
Nie szukałem go aż tak długo. Wyskoczył zza drzewa, a z mojego gardła wyrwał się krótki okrzyk zaskoczenia i przerażenia.
Stanął przede mną, szczerząc obrzydliwe kły, które jeszcze poprzedniego dnia dzierżyły moje włosy. Szeroko rozstawił przednie łapy. Gdyby do tego zaczął ryć pazurami ziemię…
Wtedy straciłem nawet te resztki odwagi, które miałem. Wypłynęły ze mnie, a ja stanąłem tam – niczym manekin – oko w oko z samym szatanem wcielonym. I cóż zrobiłem? To, czego się obawiałem i czego pragnąłem uniknąć (wszak miałem zamiar zakończyć naszą walkę wtedy, w tamtym lesie). Obróciłem się na pięcie i zacząłem uciekać. Znów zwiewałem. Znów stchórzyłem. On był silniejszy.
Niestety – był nie tylko silniejszy, ale i szybszy. I najwidoczniej nie chciał dłużej odwlekać ostatecznej rozgrywki (albo raczej ostatecznego stłamszenia pieprzonego tchórza, gównianego oszczajmajtka). Ledwie zrobiłem kilka susów, a już usłyszałem za sobą odgłos łap monstrum uderzających o ziemię. Oraz wściekłe warczenie.
Chodź no tu! – zdawał się mówić Scud.
Nie byłem w stanie mu uciec. Jeden jego skok na moje plecy i byłoby po mnie. Nie potrzebował więcej, by mnie przewrócić, zaślinić, rozszarpać na strzępy. Jedno wybicie i wyciągnięcie przed siebie łap, uzbrojonych w szpony – tylko tyle. Musiałem coś zrobić. Musiałem.
Zatrzymałem się wpół kroku i zanim nawet w pełni zdążyłem wyhamować, wykonałem obrót, jednocześnie wyciągając przed siebie nóż. Tak, takiego zwodu nie powstydziłby się nawet Chuck Norris.
Tak więc wystawiłem ostrze i muszę stwierdzić, że miałem szczęście. Scud był już w powietrzu. Leciał na mnie z pazurami przed sobą i z rozdziawioną paszczą. Gdybym obrócił się pół sekundy później…
Ostrze ciachnęło potwora przez mordę – od lewego oka, przez nos, aż do szczęki. Usłyszałem obleśny zgrzyt, gdy nóż przejechał po zębiskach psa. Straciłem równowagę i upadłem na plecy. Nóż wypadł mi z dłoni. Scud poleciał trochę w lewo – moje farciarskie cięcie odchyliło jego lot i dzięki temu zwierzak wylądował na ziemi jakiś metr ode mnie. Nawet nie ochlapał mnie krwią.
Popatrzyłem na Scuda. Z trudem podniósł się z ziemi. Obficie broczył krwią, która wręcz zalewała trawę. Oko psa było rozerwane. Przecięta powieka
zakrywała oczodół, z którego spływało coś białego. Chyba oko… Pewnie starał się wyszczerzyć zęby, ale ból był zbyt wielki, więc tylko zaskowyczał. Stał tak i wgapiał się we mnie jednym, czerwonym, lecz i odrobinę ogłupiałym, okiem. Zastanawiał się, co zrobić…
Wtedy naprawdę przypominał monstrum, wysłane przez piekielne moce na inspekcję Ziemi. Wyglądał przy tym nieco groteskowo – trochę jak zepsuta pluszowa zabawka, którą bawiło się dziecko-sadysta. Jednakże wciąż był groźny.
Nie wiem, jaki zwój mózgowy pod moją czaszką o tym pomyślał, ale sięgnąłem ręką po nóż i po kilkusekundowym macaniu trawy, udało mi się go chwycić. Pokazałem go potworowi.
Wyszczerzyłem zęby i zawarczałem, jak cholerny, wkurzony pies. Udowodniłem temu monstrum, że miał we mnie godnego przeciwnika, który (tak naprawdę) wcale się go nie bał.
I stał się cud.
Scud odwrócił się i zniknął między krzakami, znacząc ich liście krwią. Słyszałem jego oddalające się człapanie i dyszenie.
Zaraz potem opadłem na trawę i leżałem tak, wpatrując się w niebo, które pulsowało i pulsowało.

A wieczorem stał się kolejny cud.
Tato powiedział, że musimy wyjechać do Nowego Jorku, bo dostał bardzo interesującą propozycję pracy i nie mógł odrzucić takiej szansy.
Musieliśmy wyjechać w ciągu kilku dni.
Rozpłakałem się. Ryczałem, jak opętany, a rodzice przytulali mnie, powtarzając, że rozumieją, jak trudno będzie mi opuścić miasteczko, do którego
zdążyłem się przyzwyczaić. Chciałem krzyknąć, że płaczę, ponieważ (dzięki Bogu!) opuszczę to siedlisko antychrysta.
Tylko płakałem.
A w nocy odwiedził mnie Minotaur.
Leżałem w łóżku, wokół którego walały się na wpół zapakowane pudła i starałem się usnąć. Nie mogłem.
Pokonałem potwora, stawiłem mu czoła, a za parę dni miałem się go pozbyć z mojego życia raz na zawsze. Zostawał tu, na tym zadupiu, a ja odjeżdżałem… daleko, daleko.
Ale, gdy zerknąłem na okno, dostrzegłem go. Był tam! Za szybą! Scud.
Wspierał się o parapet i wpatrywał we mnie czerwonym, świecącym okiem. Zakrwawiony nos dotykał szkła. Wyszczerzone kły błyszczały w świetle księżyca.
Oblałem się zimnym potem. Tego bydlaka nie mogło tam być. Przecież mój pokój znajdował się na piętrze,
Jednak to oko, te kły wciąż trwały tam – zaprzeczając prawom natury.
I nagle – nie żartuję – usłyszałem głos Scuda. Był gardłowy, z trudem rozumiałem, co bełkotał, ale powtarzał to w kółko i w kółko:
– Nie uciekniesz, mały. Wszędzie tam, gdzie spojrzysz, będę ja. Przysięgam, nie uciekniesz.
Potem się zaśmiał. Zarechotał tak okropnie, że aż musiałem zasłonić uszy. Zacisnąłem powieki i zwinąłem się w kłębek najmocniej, jak potrafiłem. Kiedy otworzyłem oczy, był już poranek, a słońce wrzucało do pokoju swoje promienie. Chyba nie muszę wspominać, jaką ulgę poczułem na widok słońca. Zrozumie mnie każdy, kto kiedykolwiek miał nocny koszmar. I mnie faktycznie wydało się, że „wizyta” Scuda była tylko złym snem.
Jednak wystarczył jeden rzut oka na okno, by moje zdanie się zmieniło.
Na szybie, od zewnątrz, widniała plama krwi. Była tam! Scud przyszedł do mnie w nocy. Przylepił się do okna, jak jakiś pieprzony wampir-nietoperz.
Miałem właśnie zamiar wstać z łóżka i podejść do okna, gdy do mojego pokoju zajrzał tata:
– Gotów do pakowania rzeczy?
– Pewnie – odparłem.
– Może nawet damy radę spakować się dzisiaj i pojechać też dziś, co ty na to?
Chyba obawiał się mojej reakcji, że znowu zaleję się łzami, ale ja powiedziałem tylko:
– Jedziemy.

Na tym to się skończyło.
Potem minęło osiemnaście lat, wypełnionych odruchowym oglądaniem się za siebie, wzdryganiem na widok każdego dużego psa, czy kuleniem się w sobie po usłyszeniu szczekania. Osiemnaście lat koszmarów budzenia się w nocy i patrzenia na okno w oczekiwaniu na ujrzenie za nim potwornej mordy szatańskiego psa.
Mijały lata, a strach nie odchodził.
Aż do dzisiaj…
Szedłem ulicą, gdy znów go dostrzegłem. Siedział przed tym domem – stary i zmizerniały, ale nadal straszny. Nie mogłem uwierzyć, że to on. Ale pomyłka nie wchodziła w grę. Ten sam pysk, to samo nienawistne spojrzenie czerwonego oka, ten sam rozharatany nos.
Znieruchomiałem, a zaraz potem ogarnęła mnie wściekłość. Ja żyłem w lęku, a on tu sobie siedział jak gdyby nigdy nic. Jak mógł? Jak mógł wciąż oddychać, żreć i patrzeć tym ślepiem, gdy wszystkie inne psy zdychały po kilkunastu latach życia. Chyba samo piekło trzymało go tu na Ziemi, by mnie truć.
Przeskoczyłem przez płot i zacząłem go kopać, a ci państwo próbowali mnie powstrzymać. Nie zdołali.
Bydlak nie gryzł, tylko czekał na śmierć. Może był gotów. Zdychał i cierpiał. Cierpiał.
Nie żałuję. Będę mógł spokojnie żyć.
KONIEC


PROSTO SZOSĄ 45
Czytając ten tekst zapewne uderzy w Was fakt, że cała historia opiera się na niedorzeczności – jak to możliwe, że jazda autem przez setki mil wyniesie taniej niż lot samolotem? Przyznaję, że nie bawiłem się w researchera, nie porównywałem cen galonów benzyny, biletów, poziomów spalania auta etc. Chciałem napisać opowiadanie z początkiem, rozwinięciem i mocnym zakończeniem. Jeżeli czytelnik będzie kręcił głową z niedowierzaniem to cóż – przepraszam. Nie miałem racji.
P.P.
– Wiesz, co chcę powiedzieć? – pytanie zadane przez Ellie brzmiało bardziej jak stwierdzenie.
– Znowu… – dodał Mark szeptem.
– Znowu powiedzieć!
– Wiem i… proszę, nie mów tego. Już i tak szlag mnie trafia.
Zerknął na Ellie, która uśmiechnęła się w ten swój „no-i-bardzo-dobrze” sposób i wygodniej usadowiła się w fotelu ich dwudziestoletniego datsuna mknącego szosą numer 45.
Mark mógł przysiąc, że Ellie była z siebie bardzo dumna, napawała się faktem, iż miała (ZNOWU!) rację. Siedziała w fotelu niczym królowa na swym diamentowym tronie, oczekując na pokornych poddanych, mających rzucać jej do stóp płatki róż. Cóż, ale ta królowa pociła się. W dłoniach trzymała, nie wiadomo po co, torebkę wypchaną kosmetykami, jakby była berłem z masy perłowej.
Och, w tym momencie mógłbym cię znienawidzić do końca życia – pomyślał Mark, zerkając na żonę. Mógłbym to uczynić i potem wypchnąć się z wozu, a ty potoczyłabyś się po piachu niczym kulka wyschniętych krzaków i
znieruchomiałabyś gdzieś na poboczu z durnym, zaskoczonym wyrazem twarzy. Tak, śmiałbym się wtedy do rozpuku, a świat zyskałby nowe barwy.
Oderwał spojrzenie od żony i skupił je na monotonnym widoku szosy ciągnącej się niczym wielki, zeschnięty jęzor aż po horyzont. Jechali, wydawałby się mogło, od półwiecza, a droga nie zmieniła się nawet odrobinę. Kompletne pustkowie nazwane szumnie: „SZOSA MIĘDZYSTANOWA NUMER 45. OGRANICZENIE PRĘDKOŚCI”. No, ciekawe kto wlepiłby mandat za zbyt szybką jazdę – kojot bez jednej nogi, siedzący na piachu obok jezdni, którego minęli jakieś piętnaście lat temu?
Aż do Arlington. Cudownego Arlington, z opisów szefa Marka przywodzącego na myśl zadupie z „Przystanku Alaska”. Arlington bez cholernego lotniska.
Arlington, które miało być nowym domem dla Marka i Ellie.
Po raz pierwszy Mark usłyszał te nazwę, gdy wspaniały, myślący o losie pracowników szef uścisnął mu dłoń i wypowiedział jednym tchem:
– GratulacjemaszawansjedzieszdoArlington.
A Mark, skołowany i zaskoczony, spytał niczym dziecko zainteresowane przeznaczeniem prezerwatywy znalezionej w szufladce nocnego stolika rodziców: „A gdzie jest Arlington?”
Zadziwiające, ale to samo pytanie zadała Ellie po tym, jak Mark obwieścił jej cudowną nowinę. On zaś odpowiedział, cytując odpowiedź szefa:
– Prosto Szosą 45.
Prosto Szosą 45. Co za dno.
Tak, był zadowolony. Miał być drugim kierownikiem sprzedaży na całe południowo-zachodnie wybrzeże, podejmującym niemal samodzielne decyzje, współzarządzającym ponad dwustuosobową ekipą pracowników, odpowiadającym przez szefem w centrali w Kissinger – dziurze, ale o niebo mniejszej niż Arlington. Awans to przecież lepsze zarobki, większe możliwości i tym podobne racjonalne zalety. Ale Arrlington (sprawdził w Wikipedii, Google
Earth i w innych WWW-ach) to zaścianek, gdzie psy nie szczekają jeszcze dupami, ale na pewno nimi na świat patrzą. Ładne miasteczko, takie Twin Peaks, tylko pozbawione (daj Boże!) morderców i świrów. Było w nim wszystko, czego potrzebuje do życia pan kierownik z żoneczką. No, wszystko prócz lotniska i bliskości dużego miasta. Ale to tylko szczegół, prawda?
Prawda?
Tak więc, za każdym razem, gdy tylko myślał o tym, gdzie mieli się przenieść i traktował to racjonalnie, Mark był zadowolony, nawet bardzo. Ale potem przychodziła wściekłość na szefa za ten jego protekcjonalny ton. To jednak mógł jeszcze znieść, kurwując pod nosem. Ale było jeszcze coś – Ellie. Bo na nią wściekał się o wiele bardziej.
Ellie – wspaniałomyślna, przykładna żoncia Ellie uznała za stosowne wydobycie wielkiego atlasu Stanów Zjednoczonych (który, nota bene, Mark sam kupił wieki temu) i pokazanie mu długiej kreski oznaczonej jako „Szosa 45”, wijącej się niczym byle jak rzucony makaron przez dwa stany. Mark pomyślał paranoicznie, że pokazała mu to w atlasie, nie na monitorze komputera, bo atlas była naprawdę ogromny i szosa też była naprawdę długachna.
Wciąż pamiętał, jak wtedy chciał jej wytłumaczyć, że wreszcie będą mogli kupić sobie nowe meble, nowy wóz. Jednak te przekonywania trafiały na gruby mur obojętności i głuchoty.
Oczywiście, a jakżeby inaczej, poskarżyła się swojej siostrze – że jej niewdzięczny i zły do szpiku kości mąż przyjął awans i zgodził się na wyjazd do Arlington. Zanim wypowiedziała nazwę miasta, głęboko wciągnęła powietrze, jakby w nadziei, że jeszcze przez tych kilka sekund Arlington zmieni się w Los Angeles albo San Francisco. Nic z tego.
Darlington… Bez lotniska…
Drobną niespodziankę z lotniskiem zostawił na koniec. Cóż, na Ellie podziałała niczym gwóźdź wbity w i tak już zaropiałą ranę. Skrzywiła się i spytała:
– Co powiedziałeś?
A on, może ze strachu, może z chęci wyplucia z siebie tych słów, smakujących jak popiół, odparł:
– Mamy do wyboru: albo pojechać 45-tką aż do Arlington, albo polecieć samolotem do San Antonio i stamtąd pojechać do Arlington. Nie będę mówił, która możliwość jest tańsza.
– A twój szefunio nie mógłby opłacić przelotu, przecież kieruje tak cudną firmą?
Ellie miała w zwyczaju ustawiać siebie na piedestale, z którego mogła sikać na wszystkich tych, którzy w jej mniemaniu zasługiwali tylko na taki właśnie prysznic. Czyli na większość, jak z koszmarną pewnością zauważył Mark. Wiedziała to czego inni nie wiedzieli, dostrzegała w innych to, czego tamci nie dostrzegali. Umiała rozumować i postrzegać pod- i nadprogowo.
Była jak postać z sitcomu, taka żona Bundy’ego czy inna domowa matrona, ale Mark jakoś nie potrafił tak jej przyjmować. Słuchanie i oglądanie Ellie nie wywoływało na jego ustach uśmiechu.
Dlaczego wciąż z nią był? Jego matka umiała wprost określić problem Marka – ten sam, który trzymał go przy Ellie (choć zapewne nie tylko on to sprawiał, ale diabli z tym wszystkim!) oraz nie popchnął go do przekonania szefa by jednak wykupił im bilety do San Antonio, a może nawet i zamówił im przewózkę do Arlington.
Matka Marka zwykła mawiać: „Nie umiesz otworzyć gęby, żeby dać głos. I tyle.”
Właśnie.
I tyle.
Dlatego też Mark nie odpowiedział na żmijowate pytanie żony. Powiedział tylko:
– To ostatni raz, gdy musimy liczyć się z kosztami. Serio.
I oto siedzieli w gorącym wozie ze szwankująca klimatyzacją i starali się nie przekraczać linii demarkacyjnej oddzielającej ich państwa powoli wchodzące z sobą na wojenną ścieżkę. Kilka walizek czasami przesuwało się wewnątrz bagażnika („To, co potrzebne na jakiś czas. Potem zajmę się naszymi rzeczami. Serio.”), przypominając o swym istnieniu, ukochana lampka podskakiwała na tylnym siedzeniu jak mała dziewczynka. Dziewczynka, którą ukochany tatuś-kierowca najchętniej wyrzuciłby za drzwi w ślad za mamusią.
Miarowy szum silnika, potem zaś:
– Miałam rację – wypowiedziane przez Ellie.
Miałam rację… Miałam rację…
Mówiła to co jakiś czas, mając najprawdopodobniej na celu uświadomienie Markowi, iż ona wolała wydobyć trochę pieniędzy z konta i polecieć samolotem, co on zbywał upartym: „Ile to wyniesie.”
„Wolałabym lecieć w luku bagażowym, niż telepać się w tym gracie przez pół Stanów.”
Tak więc wciąż to powtarzała, a najgorsze w tym było to, że… Mark powoli zaczynał przyznawać jej rację, choć nadal wierzył w słuszność swej decyzji. Jednakże mile pod kołami ginęły w zadziwiająco wolnym tempie, natomiast wkurwienie na żonę rosło zdecydowanie szybciej. Dobra, pomylił się, lecz miał na względzie sytuację finansową jego i piranii siedzącej obok. Ni mogła go o to winić. Fakt, było odrobinę niewygodnie i gorąco, ale to nie powód, by wciąż powtarzać: MIAŁAM RACJĘ!”
Mocniej zacisnął dłonie na kierownicy. Milczał. Nie chciał wchodzić z żoną w dysputy. Chciał dożyć do Darlington, do diabła.
– Przyznaj.
– Co?
– Przyznaj, że miałam rację.
No, Mark, dasz radę. Tylko dwa słowa, a potem spokój.
– Miałaś rację…, ale… – po prostu wiedział, że to „ale” samodzielnie wylezie. – nie musisz mnie wkurzać tym swoim ciągłym ględzeniem. Proszę cię, przestań!
No, to ostatnie zdanie zabrzmiało niezbyt w tonie „proszę”. Odpowiedniejszym słowem dla barwy głosu Marka w tym momencie byłoby „stul pysk”, ale jednakże ten drugi zestaw zdecydowanie nie miał szans pojawić się.
Jednakże słowo nie grało roli, istotny był ton wypowiedzi. On to bowiem sprawił, że Ellie powoli obróciła głowę – niemal jak Regan w jednej z koszmarniejszych scen „Egzorcysty”. Mark nie patrzył na żonę, bo… tak, bał się, że gdy to uczyni, ona zamieni go w kamień albo jakieś paskudztwo, a wszystko swym wzrokiem bazyliszka.
Wyczuł bijący od niej zapach potu. Na pewno jej lewą skroń przecięła mała żyłka, będąca swoistym barometrem spokoju Ellie – gdy się uwidaczniała, wtedy chowajcie się ludziska, będzie wybuch!
– Mark, nie zaczynaj się kłócić, bo doskonale wiesz, że nie masz do tego prawa. Możesz się stawiać, ale i tak miałam rację.
– Ty znowu…
– Tak, znowu. Moglibyśmy już teraz być w Arlington. Wolałabym wydać trochę kasy, by tarze nie siedzieć z tobą i się nie pocić. Cholerna droga!
Cholerna! Czy nie mogłabyś choć raz użyć innego przekleństwa? Znasz tylko to jedno! Cholerna cholera w cholerze.
– Ellie, jeszcze tylko kilka godzin i będziemy na miejscu. Przez ten czas, proszę cię, staraj się nie umilać tej jazdy twoim marudzeniem – wypowiedział to najspokojniej, jak tylko potrafił.
– Mark, nie narzekaj. Sam tego chciałeś!
– Jezu! – krzyknął, co było zaskoczeniem nawet dla niego, i uderzył otwartymi dłońmi w kierownicę. Samochód zachwiał się i gwałtownie skręcił. Podskoczył na poboczu, walizki w bagażniku zagrzechotały, lampka spadła na podłogę, nie tłukąc się jednak.
Mark zdołał opanował auto i wrócił na jezdnię. Przez moment czuł ukłucie przerażenia. Po raz pierwszy zdarzyło mu się stracić panowanie nad wozem i, szczerze mówiąc, za chińskiego boga nie chciał, by kiedykolwiek to się powtórzyło.
Zerknął na Ellie i, ku swemu zadowoleniu, dostrzegł w jej czach strach. I naprawdę nie powstrzymał uśmiechu. Dla tych kilku sekund warto było znosić narzekania; dla tego wzroku małego dziecka, które z trudem uniknęło przejechania przez rozpędzona ciężarówkę.
Co by pomyślała, gdyby teraz się roześmiał? Pewnie popatrzyłaby na niego tymi przerażonymi oczkami (świńskimi, Marki, nie zapomnij o ich proweniencji), a on pewnie nie potrafiłby pohamować rechotu i wtedy – już na bank – wpakowałby ich do jakiegoś rowu. Miałby przesrane, ale w cudowny sposób!
Podziękuj ładnie rozregulowanemu układowi kierowniczemu. Dostałeś od niego świetny prezent.
– Mark… – zaczęła Ellie. – Uważaj. Proszę cię.
A gdyby drzwi z jej strony były otwarte, a on nagle skręciłby w prawo?
Hi, hi, hi!
– Nie ma sprawy.
Ellie zamilkła na dobre. Mark zaczął zastanawiać się, czy potrafiłby wydostać się z roli cichego mężusia, którą pełnił w tym związku. Czy posiadał na tyle wiary w siebie i siły, by przeprogramować Ellie na kogoś, kto liczyłby się ze współmałżonkiem?
Czyżby tym jednym „wybrykiem” udowodnił – zarówno sobie jak i żonie – że… że co? Że jest w stanie zdetronizować królową? Królową, dzierżącą w spoconych dłoniach wymiętoloną i mokrą torebkę?
Nie, do tego potrzeba czegoś więcej, niż zwykłej, dzięki Bogu chwilowej, utraty panowania nad kierownicą. Potrzebne było…
– Mark, popatrz. – Ellie szturchnęła go w ramię, a gdy na nią popatrzył, wskazała coś przed nimi, trochę z prawej, poza drogą. Spojrzał w tym kierunku.
Początkowo nie dostrzegł niczego szczególnego. Ot, pustynia, tak samo piaszczysta i kamienista, jak pół godziny wcześniej. Potem jednak zauważył coś, co nakazało mu zwolnić.
W odległości jakichś stu, może mniej, metrów od jezdni na piachu widniał nieokreślony czarny albo granatowy kształt, odbijający gorące promienie słońca. Nieokreślony? Nie, raczej nie. To był samochód; duży wóz o karoserii nie przykrytej nawiewanym piachem. Musiał tam stać od niedawna.
Mark zatrzymał datsuna, który ciężko sapnął, niczym zawodnik po zbyt długim biegu.
– Chciałam, żebyś się tam spojrzał, a nie żebyś się zatrzymywał – powiedziała Ellie z ledwie wyczuwalną naganą w głosie.
– Może coś się stało.
– A co cię to obchodzi?
Obrzucił ją planowo piorunującym spojrzeniem, które nie odniosło jednak pożądanego rezultatu. Ellie wyrobiła w sobie jakąś nienaturalną zdolność neutralizowania spojrzeń Marka. Że też on nie potrafił tego czynić. Tak, daleko mu było do pozycji króla.
No, ale zatrzymał samochód, pomimo protestów Ellie, a to już coś.
– Sama kiedyś narzekałaś na znieczulicę, pamiętasz?
– Ale… – szybko chciała znaleźć jakikolwiek argument, by ruszyć. Niemal widział pulsowanie pod czaszką. – … musimy jechać do Arlington.
– Zdążymy.
-Mark! Jedziemy!
Nie odpowiedział. Otworzył drzwi i wysiadł z samochodu. Poczuł na skórze gorący powiew wiatru, który mimo wszystko sprawił mu dużą przyjemność.
Wysiadł. Postawił się!
Czy czuł się żałośnie radosny? No, raczej.
– Mark! – zawołała z wnętrza auta.
Schylił się i zajrzał do środka.
– Idziesz ze mną?
Zawahała się. Czyżby myślała, że zgoda na pójście z mężem będzie oznaczała jej przegraną?
– Idziesz? – ponaglił. Przejął inicjatywę i Ellie była tego świadoma.
Boże, pomyślał, nasz związek to ciągła walka o lepsze pozycje do ataku.
– Idę. Może potrzebują pomocy – rzekła Ellie i wysiadła z wozu, wciąż trzymając torebkę. Po zastanowieniu, położyła ją na fotelu pasażera.
Zaczęli iść w kierunku ciemnego (czarnego, na pewno czarnego!) samochodu. Ich stopy chrzęściły przy każdym kroku, wiatr zaś unosił drobinki piasku, które nieprzyjemnie siekły ich ciała.
Gdzieś z oddali dobiegło ich cichutkie wycie kojota. Pewnie ten bez jednej łapy rozpaczał nad swym losem.
Zbliżali się do wozu. Widzieli otwarte drzwi. Kierowca gdzieś poszedł, ale dokąd, skoro nigdzie w pobliżu nie było go widać?
– Mark, gdzie jest kierowca?
– Nie wiem.
Dotarli do samochodu. Był to czarny ford. Mark zajrzał do środka i zauważył wysuniętą popielniczkę po brzegi zawaloną niedopałkami.
Ktoś tu bardzo chce zapoznać się z panem Rakiem Płuc, pomyślał i zaraz potem usiadł za kierownicą. Siedzenie parzyło w tyłek.
– Mark! – upomniała Ellie.
– Co? Coś robię?
– To nie twój samochód. Wysiadaj!
Dziwne. Kluczyk tkwił w stacyjce, jakby ten, do kogo należał wóz, faktycznie poszedł tylko się odlać.
Markowi przyszła do głowy idiotyczna myśl, że może obok szosy otwarto nowy salon samochodowy, w którym każdy miał możliwość wybrania wozu i pojechania przed siebie. Oczywiście, poda warunkiem, że wybierze czarnego forda.
– Zapraszam na pierwszą jazdę – szepnął i położył dłoń na kluczyku. Przekręcić? Może nawet właściciel usłyszy silnik i przybiegnie niczym Struś Pędziwiatr. Myk, myk, to mój wóz!
– Mark – powiedziała Ellie, jakby imię męża samo w sobie zastępowało pytanie: „Co robisz?”
Ale Mark nie odpowiedział „Ellie” (cokolwiek by ta odpowiedź miała oznaczać), tylko powoli przekręcił kluczyk. Silnik zaskoczył bez zająknięcia i ciszę przerywaną do tej pory przez szum wiatru oraz odległe (dzięki Bogu!) i rzadkie (dzięki Bogu jeszcze raz!) wycie kojota wypełnił miarowy warkot motoru. Brzmiał prawie jak śpiew.
– Mark! Wyłącz go w tej chwili! – Ellie krzyknęła i coś w brzmieniu jej głosu, jakaś nuta prawdziwego lęku nakazała mu wyłączyć silnik. Wokół nich na powrót zapanowała niby-cisza.
Mark rozejrzał się po wnętrzu wozu. Szukał jakiegoś punktu zaczepienia, by móc kontynuować „śledztwo”. Kontynuować poszukiwania… Czego? Nie, raczej KOGO. Właściciela pojazdu, jakżeby inaczej?
– Mark, wysiądź.
Ellie wciąż stała na zewnątrz, nawet nie schyliła się, by zerknąć do samochodu. Przypominała kogoś będącego na czatach, gdy tymczasem Mark, nieważne, w jaki sposób by na to popatrzeć, szperał po czyimś aucie. I to jej się nie podobało. Bez znaczenia był fakt, że znajdowali się na pustkowiu
oddalonym od najbliższych siedlisk ludzkich (Arlington, cholerne Arlington!) o wiele kilometrów. Dla niej, wychowanej w duchu praworządności, sytuacja, w której się znalazła, bardzo, ale to bardzo była nieodpowiednia.
– Mark, wysiądź – powoli traciła cierpliwość. – Wysiadaj i to już!
– Już, już… – odparł nieprzytomnie, bo właśnie odnalazł coś, co go bardzo zainteresowała. W skrytce, pomiędzy starymi i różnej maści rachunkami, leżało prawo jazdy.
– John Monroe – odczytał Mark i, po wychyleniu się z samochodu, pokazał żonie znalezisko. – Oto on.
Ellie nie podzieliła jego entuzjazmu:
– Prawo jazdy. To raczej typowe dla samochodów, prawda?
– Tak…
– Mark, jedźmy stąd.
– Nie ciekawi cię, gdzie się podział pan John Monroe?
– Mam to gdzieś. Zostawił wóz na środku pustyni, więc musiał mieć ku temu ważny powód.
– Ciekawe, jaki.
– Mark… – Ellie szerokim gestem ogarnęła pustkę. – Nigdzie go tu nie ma!
– Czujesz ten zapach? – Mark pociągnął nosem.
Niuchał powietrze, niczym pies myśliwski.
Westchnęła, kręcąc głową, lecz mimo to powąchała powietrze. Dawał się wyczuć lekko zgniły zapach.
– Pewnie między siedzeniami leży zapomniany kawał hamburgera i to on tak… pachnie – wyjaśniła. Nie chciała dać Markowi szansy na dalszą zabawę w detektywa-amatora-od-siedmiu-boleści, więc nakazała:
– Chodź, tu nikogo nie ma!
– Może masz rację.
– Pewnie, że mam.
Oj, nie! Nie znowu…
Otworzył drugą skrytkę (Ellie westchnęła w wiadomy sposób, a niech ją), znajdującą się obok tej, w której znalazł prawo jazdy. Leżała w niej tylko jedna, starannie złożona kartka. Mark poczuł, że jego serce, nie wiedzieć czemu, zaczęło szybciej bić.
Ellie kucnęła obok i zajrzała do wnętrza samochodu.
– Co teraz? Co to jest? – spytała, gdy Mark wyjął kartkę.
– Nie wiem – odrzekł, obracając kartkę w palcach. – Kartka
– Nie rozprostujesz?
Popatrzył na Ellie z góry, a ona odwzajemniła spojrzenie. Nagle gdzieś uleciała jej hardość. Niespodziewanie wykazała zainteresowanie, na razie dość płytkie, ale na początek to zawsze coś.
Może będą z ciebie ludzie, pomyślał Mark, uśmiechając się delikatnie. Kiedyś… prawdopodobnie w przyszłym wcieleniu.
– Rozprostuję.
Oboje skupili spojrzenia na kartce. Szelest papieru był głośny niczym wystrzał z pistoletu.
List? Tak, to był list.
Przepraszam za to, co zrobiłem. Czuję się podle, naprawdę podle. Sądziłem, że to mnie wyzwoli. Pomyliłem się jednak. Cóż innego mogłem zrobić? To było jedyne wyjście. Tak myślę.
Jednak jestem tchórzem. Uciekłem aż tutaj, by to zrobić, bałem się zostać. Tak, tak, jestem gówno wart. Ale teraz już mi na tym nie zależy. Jestem martwy (chyba, że oblazł mnie strach, ale gdyby tak było, ten list pewnie by nie istniał) i to już koniec.
Przykro mi.
To zaskakujące, ale Mark poczuł, że Ellie zbladła. Nie musiał nawet na nią patrzeć – okropna fala chłodu popłynęła od kucającej obok żony.
„Jestem martwy.”
Martwy? To gdzieś polazł, skurczybyku? Czemu nie siedzisz w samochodzie i nie gapisz się w podsufitkę niewidzącymi oczyma?
– Mark, odłóż ten… list – wyszeptała Ellie i Mark nie miał nic przeciwko temu. Bez składania, wetknął go z powrotem do skrytki. Niech tam leży…
– Mark… – Ellie potrząsnęła jego ramieniem, więc na nią zerknął. Tak, była blada niczym najbielsza ściana w najczystszym szpitalu. Sam pewnie też nie miał zbyt zdrowych kolorków. Para nieboszczyków, szukająca trzeciego nieboszczyka.
– Co robimy?
– Nie sądzisz, że powinniśmy go odnaleźć? – odparł Mark niepewnie. Szczerze mówiąc, jakaś drobna, maciupeńka część jego psychiki prosiła Ellie, by zaproponowała (zaproponowała? Ona nie proponuje! Ona nakazuje!) jazdę do Arlington.
– Nie! Nie powinniśmy go odnaleźć! Jedźmy dalej i to już!
Widzisz?
– Ale mamy zostawić tu ten wóz i… tego Monroe, który może jest martwy?
– A gdzie on jest? Zabił się i od razu pochował?
– Popełnił samobójstwo, tak wynika z listu.
– To jego sprawa! Jedźmy!
No właśnie, Mark, won! Do Arlington jeszcze kawał drogi. A tam co? Ciche ulice i spokój typowy dla zadupi. Zgódź się z żoną, stary!
Znowu wyczuł ten zgniły zapach, tym razem był o wiele intensywniejszy. Mark wciągnął go głęboko. Nagły skurcz żołądka sprawił, że musiał kilkakrotnie przełknąć ślinę, by powstrzymać strawione śniadanie i obiad, pragnące na powrót ujrzeć światło dzienne.
Ellie chyba też poczuła ten zapach, bo zmarszczyła nos i wstała z kucek.
– Jezu, to nie może być nadgniły hamburger – powiedziała.
Co ty nie powiesz?
Mark wysiadł z wozu i z ulgą przywitał nagły podmuch wiatru, który poniósł w dal nieprzyjemny smrodek.
Smrodek? Skąd to on napływał?
Nie pytaj o to, Mark, bo doskonale wiesz skąd.
– Bagażnik – powiedział.
– Co?
-Bagażnik.
– Co z nim?
Zrobisz to? Pewnie, że tak.
Minął Ellie i stanął za tylnym zderzakiem forda. Popatrzył na klapę bagażnika i ujął się pod boki. Nie był pewien, czy powinien zrobić to, co zamierzał. Bał się? Tak, i to coraz bardziej. Szczerze mówiąc, bał się jak cholera. Cholera – tak powinna mówić Ellie, a nie ty, Mark. Posłuchaj (cholernej) żony i spadaj stąd.
– Mark? Co robisz?
Nie domyślasz się? Gdzie podziałaś mózg?
Do dzieła.
Już bez wahania (bo wahanie jest groźne) otworzył bagażnik. Klapa uchyliła się z cichym zgrzytnięciem, jakby niezbyt podobało jej się to, że musiała się obudzić ze swego gorącego, pustynnego snu. Później jednak umilkła, pozwalając Markowi ujrzeć zawartość bagażnika, zaanonsowowaną przez salwę stęchłego smrodu.
Ciało. Zobaczył ciało.
Kobieta, koło czterdziestki, ubrana w granatowy kostiumik poplamiony krwią, która wypłynęła z dużej dziury w czole. Leżała w pozycji (jak to mówią policyjni fachowcy) embrionalnej, ze spódnicą podciągniętą do połowy niezbyt szczupłych ud, z dłońmi złożonymi jak do modlitwy i z szyją przekręconą w taki
sposób, by zamknięte (na szczęście!) oczy skierowane były wprost na tego, kto zechce zajrzeć do bagażnika.
Tym kimś był Mark, lecz w tej chwili z wielką chęcią oddałby przywilej bycia gościem pani bagażnikowej innej osobie.
– Ellie – powiedział łamiącym się głosem do żony, która wciąż stała przy otwartych drzwiach i gapiła się na Marka pytającym wzrokiem.
– Chodź no tu.
– Po co? – spytała, lecz nawet nie drgnęła.
– Chodź no tu.
No i podeszła do niego, a zaraz potem popatrzyła do wnętrza bagażnika, marszcząc nos, bo smród faktycznie był potężny.
Wrzasnęła.
Ellie wrzasnęła w sposób, w jaki wrzeszczą ci, którzy widzą coś, co pozostanie w ich pamięci do końca życia. Zasłoniła usta i cofnęła się o krok, a wzrok miała wbity w trzyoką twarz martwej kobiety.
Mark pomyślał, że ten wrzask, widok krwi i zgniły zapach wydobywający się wprost z bagażnika mogły w idealny sposób zareklamować kina z lat sześćdziesiątych, gdzie człowiek, prócz wrażeń wzrokowych, mógł liczyć również na wrażenia węchowe. Realistyczne jak sam skurczybyk.
Tylko co to za film? „Jedno wesele i pogrzeb?”
– Spokojnie – powiedział Mark, a Ellie przestała wrzeszczeć i stała tylko z dłonią wciąż zakrywającą usta. – Spokojnie. Pomyślmy, co zrobić.
Ellie popatrzyła na męża, a następnie odsunęła dłoń od ust, których jednak nie zamknęła.
Zamknij je, bo wyglądasz jak zużyta dmuchana lala, pomyślał Mark.
Ellie w końcu zacisnęła wargi, potem zaś powiedziała coś, co zdaniem Marka, gdyby wypowiedziane zostało kilka minut wcześniej, z pewnością wybiłoby mu z głowy grzebanie w fordzie zdychającym na środku pustkowia.
– Mark, przestań pierdolić i zabieraj dupę w troki i zasuwaj do wozu!
W tym momencie Mark uwierzył, że możliwa jest zamiana w słup soli.
Stanął nieruchomo ze wzrokiem utkwionym w nagle zaczerwienionej twarzy Ellie, nie mogąc wykonać żadnego gestu. Po prostu zamarł na krótką chwilę, w czasie której Ellie obróciła się na pięcie i ruszyła w kierunku datsuna.
A co z trupem, chciał zawołać, lecz nie był w stanie wydobyć z siebie nawet jęku.
Kwintesencja stanowczości Ellie wyrwała mu język i wyrzuciła hen, daleko.
A co z trupem? Zostawimy go tu tak na pastwę ścierwników?
Obróć głowę, Mark, bo ci przyrośnie w tej pozycji na stałe.
Odwrócił głowę i popatrzył za Ellie. Nie szła już do auta, tylko stała całkiem blisko, obrócona do niego tyłem i gapiła się w jakiś nieokreślony punkt w oddali. Hej, tym razem ona się nie poruszała.
No, stanowimy idealną parę laleczek z wyczerpanymi do połowy bateriami, pomyślał Mark. Zmusił się do powolnego obrotu. Powoli, powoli… Ellie wciąż nawet nie drgnęła i Mark widział już, co było powodem jej… znieruchomienia.
W ich kierunku szedł mężczyzna ubrany w zapiaszczony garnitur. W lewej dłoni trzymał butelkę, w prawej rewolwer. Zbliżał się szybkim, lecz lekko rozchwianym krokiem, wskazującym na rodzaj napoju znajdującego się w butelce.
Czerwona twarz mężczyzny błyszczała od potu.
No i co teraz? Nie wiadomo skąd u diabła (zza jakiejś wydmy, dziury w ziemi, skądkolwiek?) nadchodził kolejny aktor, grający w tym powalonym filmie. Ciekawe tylko, jaką miał kwestię.
– Witam państwa – odezwał się, gdy był w odległości jakichś dziesięciu metrów od Marka. – Jak się macie?
Nie odpowiedzieli.
Przybysz zlustrował ich rozbieganym spojrzeniem, a zaraz potem podniósł butelkę do ust i pociągnął długi łyk. Poziom płynu obniżył się o jakieś dwa centymetry.
– Pozwolicie, że się przedstawię – zaczął, gdy na powrót opuścił butelkę. – John Monroe, jeśli jeszcze nie wiecie…
– Wiemy – odparł Mark niepewnym głosem.
Monroe wyciągnął przed siebie butelkę.
– Napijecie się?
– Dziękujemy, ale nie – dobiegł Marka głos Ellie. Obejrzał się. Kobieta stała zaraz za nim.
Co robisz? Jestem twoją tarczą, czy jak?
– Wasza sprawa. Abstynenci?
Nie czekając na odpowiedź, ponownie przechylił butelkę, a potem odrzucił ją w bok. Butelka poszybowała kilka metrów i rozbiła się na kamieniu, rozlewając resztki płynu, który zaczął wsiąkać w piasek.
Monroe przez chwilę stał nieruchomo (jeśli tak można powiedzieć o jego postawie topoli, chwiejącej się na wietrze) i parzył na Marka i Ellie. Zapewne, gdy doszedł do wniosku, że nie usłyszy od nich niczego ciekawego, podszedł do otwartego bagażnika. Mark postąpił drobny krok w tył i poczuł na karku oddech Ellie. Szybki oddech.
– Poznaliście już moją żonę, Martę – powiedział Monroe, wskazując martwą kobietę lufą rewolweru. – Czemu tak milczycie? Zdziwieni?
Mark mimowolnie pokiwał głową.
– No w zasadzie wam się nie dziwię. Też bym był zdziwiony. Jak macie na imię?… na imiona?… jak się nazywacie?
– Mark.
Ellie nie odezwała się.
– Mark – powtórzył Monroe, jakby zastanawiał się, czy to imię mu się podoba. – Mark i…
Odezwij się Ellie, cholera jasna!
– El… Ellie – wykrztusiła kobieta.
– Acha – tym razem Monroe pokiwał głową. Popatrzył na martwą żonę w bagażniku. – Znaleźliście list?
– Tak – odrzekł Mark i zaraz potem poczuł na plecach szturchnięcie Ellie.
Co, ma kłamać facetowi, który jest nawalony, zabił swoją żonę i wciąż ma rewolwer?
Oj, czemu cię nie posłuchałem?
– To dobrze.. więc wiecie… co ja właściwie w nim naskrobałem. Nie pamiętam… Mark, przypomnij mi.
– Nie wiem… nie pamiętam – odpowiedział Mark, niemal bezwolnie.
– Acha. Wiecie, czemu ją zabiłem?
– Mark… – szepnęła Ellie, chwytając męża za koszulę. Chciała, by coś zrobił, by ich stamtąd zabrał.
– Wiecie?
– Nie… nie wiemy… proszę pana, czy…
– Wkurzyła mnie. Ględziła i ględziła, więc nie wytrzymałem i bach! po kłopocie.
Mark przypomniał sobie, jak przed paroma chwilami (to tak niedawno) marzył o wypchnięciu Ellie z auta i poczuł dziwny ucisk w gardle. Marzył o zabiciu żony, a ten tu nachlany gość zrealizował swoje marzenie i rozwalił zonie łeb.
– Trochę cię bałem – ciągnął Monroe. – i było mi potwornie wstyd, i czułem się strasznie, chyba dlatego zacząłem pisać ten list. Ale potem znalazłem moją długoszyją koleżankę i wszystkie wyrzuty sumienia zniknęły. Teraz nawet się cieszę, że strzeliłem kochaneczce w czachę.
Jakby na potwierdzenie swych słów, zachichotał.
– No i już mam ją z głowy – dodał.
Zaraz potem wycelował w martwą kobietę. Ellie jęknęła, a Mark z trudem pohamował krzyk: „Nie rób tego!”
Jeszcze moment i zrobi swojej żoneczce kolejną dziurkę do pary.
On jednak tylko udał strzał. Wydobył ze swoich ust ciche „bum” i poruszył ręką w niby-odrzucie.
Widzi pani, wszystko w porząsiu. Nic się pani, poza śmiercią oczywiście, nie stanie.
Monroe pokręcił dłonią, w której trzymał rewolwer.
– Co ja jeszcze miałem zrobić? – spytał samego siebie. – Coś jeszcze… Acha!
Przyłożył lufę rewolweru do skroni.
– Eee… – zaczął Mark, lecz zawahał się. Co miał powiedzieć? Cholera wie.
Właśnie, cholera wie.
– Panie Monroe – odezwała się Ellie, a jej głos brzmiał prawie tak samo stanowczo jak dawniej. – Proszę tego nie robić. Musi być inne wyjście.
Monroe zerknął na nią, powoli odsunął lufę od głowy, a następnie zaczął się śmiać. Śmiał się dłuższą chwilę. Przez cały ten czas Mark i Ellie obserwowali jego twarz, która z czerwonej stała się prawie granatowa. Wreszcie zamilkł.
– Przepraszam, ale muszę to powiedzieć – popatrzył na Ellie oczami, w których nie było już za grosz wesołości. – Nie ma innego zasranego wyjścia, idiotko. Zabiłem żonę! Co mogę zrobić innego?
Przeniósł wzrok na Marka.
– Wiesz, czemu zabiłem żonkę? Bo ględziła, ale to już raczej mówiłem. Widzę, że twoja też marudzi, Mark. Masz czasem dość jej marudzenia?
Ellie westchnęła.
Mam czasami dość jej ględzenia? Ba, częściej niż czasami. Średnio raz na godzinę mam dość jej ględzenia.
– Masz?
– Ja nie ględzę – zaprotestowała Ellie.
Ellie musiała wygrać, nawet z facetem, który jest panem życia i śmierci.
– Oj, ględzisz. No, Mark… Masz?
Odpowiedz coś. Facet jest pijany i kto wie, co mu strzeli (fajnie to brzmi, nie Mark? Zwłaszcza w tej sytuacji) do łba. Ale zastanów się. Jak sądzisz, jaką odpowiedzią byś usatysfakcjonował ten jego morderczy umysł. „No, Mark… Masz?”
– Nie. Nie mam. Przyzwyczaiłem się.
Ellie wstrzymała oddech. Mark prawie usłyszał głośne uderzenia jej serca.
Mark był przerażony. Stał oto przed nieobliczalnym kolesiem z rewolwerem i starał się upewnić, czy dobrze zrobił w taki sposób (czy też w ogóle) odpowiadając na jego pytanie.
Arlington oddalało się. Znajdowało się teraz na końcu świata i droga do niego mogła ciągnąć się milionami kilometrów.
Monroe patrzył na Marka, a Mark na Monroe.
– Przyzwyczaiłeś się – powoli powiedział Monroe, jakby analizując słowa. – A długo to trwało?
Jezu, co to ma być?
– Żal mi ciebie, Mark. Musiałeś się męczyć.
Mów coś! MÓW COŚ!!!
– Monroe, ja… – wystękał Mark. W innym miejscu i w innym czasie Ellie na pewno zbeształaby go za to niezdecydowanie i nierozgarnięcie. Teraz jednak mogła tylko milczeć.
Milczeć i patrzyć, jak rewolwer Monroe się uniósł, a czarny oczodół lufy wbił swój ślepy wzrok w jej czoło.
Strzał!
Ot, tak… strzał.
Był pijany. Ręka mu drżała. Było diabelnie gorąco. Mimo to pocisk przeleciał prościutko obok głowy Marka i wbił się w czaszkę Ellie.
Kobieta postąpiła krok w tył, rozszerzonymi oczami gapiąc się na Monroe. Wyglądała tak, jakby nie mogła uwierzyć w to, że umarła. Umarła, a jej krew ochlapała plecy męża.
Potem ugięły się pod nią kolana i padła na piach z szeroko rozpostartymi ramionami.
Mark czuł krew żony, plamiącą jego koszulę – krew była gorąca. I widział też krew, bo zaraz po wystrzale obrócił się, by przekonać się, czy Monroe jest dobrym strzelcem.
Cholernie dobrym strzelcem.
Nie krzyknął. Nie potrafił. Popatrzył tylko na Monroe, a następnie wykrztusił:
– Za… za… zabiłeś…
– Za… zabiłem – odparł Monroe. – Czy nie czujesz się lepiej?
Nie – szepnął, lecz po sekundzie zebrał wszystkie siły i spróbował wrzasnąć. – Nie!
Zabrzmiało to jednak dość żałośnie.
– Uwolniłem się. A co ja miałem jeszcze zrobić?
Nie, nie rób tego, pomyślał Mark. Nie zostawiaj mnie.
– Nie rób tego.
– Przepraszam, Mark. Jestem głupi. Została mi tylko jedna kula. Wybacz.
– Nie!
Mark wreszcie się poruszył. Rzucił się do przodu. Musiał przebiec tylko kilka metrów i już. Ile potrzebował na to czasu? Dwie sekundy? Mniej?
Jednak te dwie sekundy okazały się zbyt długie.
Monroe przyłożył lufę do skroni nim Mark zdołał zrobić pierwszy krok. A pociągnął za spust, gdy drugi krok był jeszcze tylko sferą marzeń.
Osunął się martwy na ziemię.
Mark zaś zatrzymał się wpół kroku. Przeniósł wzrok z Monroe na Ellie i z powrotem na Monroe. Znów znieruchomiał.
Słońce grzało, a ciepłe podmuchy wiatru wzniecały tumany kurzu. Słychać było wycie kojotów dobiegające z oddali.

Datsun był gorący. Potwornie się nagrzał. Mała lampka, leżąca na podłodze czekała na podniesienie i dalszą jazdę.
Mark otworzył drzwi i wyjął lampkę. Popatrzył na nią, a potem rzucił na jezdnię. Pękła, zasypując Szosę 45 pyłem z imitacji porcelany.
Mark wsiadł do wozu i przekręcił kluczyk w stacyjce. Musiał jechać do Arlington na końcu świata. Czekała tam na niego posada.
KONIEC

Exit mobile version