Site icon KOSTNICA – POZORNIE MARTWA STREFA || Kostnica.Com.PL

OPOWIADANIE -Trupie znamię – ARKADIUSZ BUCZEK

Krzysio oddawał się z zapałem swojej ulubionej tego lata rozrywce, czyli grze w kapsle.

Kapsle były niebyle jakie, ponieważ pochodziły z butelek od piwa i miały kolorową litografię, a był to prawdziwy rarytas w latach 80-tych, nie tylko dla pięcioletniego chłopca. Zazwyczaj do gry używano pospolitych i bezbarwnych kapsli z butelek po oranżadzie czy też wodzie gazowanej, ale z oczywistych dla każdego kilkuletniego chłopca względów, nie mogły się równać z takimi, jakimi były kapslowane butelki z piwem, które kupował dziadek Krzysia, a za które babcia suszyła dziadkowi głowę.

Tego dnia dziadek, kiedy już wypił po obiedzie swój skromny przydział piwa, pomógł Krzysiowi zalać pozyskane dwa kapsle parafiną z obficie kopcącego ogarka świecy, a kiedy ta była jeszcze ciepła i miękka, Krzysio umieścił na jej powierzchni flagi państw wycięte potajemnie ze starego atlasu świata: Brazylii na jednym i Kamerunu na drugim. Prezentowały się tak wspaniale, że chłopiec co i rusz zerkał na nie z dumą, która go wprost rozpierała.

Żal mu było tylko, że chłopaki z sąsiedztwa mieli go tego wyjątkowo pięknego, lipcowego popołudnia najwyraźniej w dupie i nie zjawili się na torze do wyścigu pokoju (czyli przy fantastycznie wysokim i kanciastym krawężniku wybetonowanej ostatnio drogi, prowadzącej ku leśniczówce na Górze Miejskiej). Trudno. Postanowił ćwiczyć w samotności do upadłego, żeby podczas kolejnego wyścigu nie wlec się jak ostatni fajtłapa i nie narazić się ponownie na drwiny kolegów.

Szło mu całkiem nieźle, a przynajmniej sam tak uznał. Opuszki palców i paznokcie miał już tęgo poobijane i zaczerwienione od pstrykania w ząbkowaną powierzchnię kapsli, ale nie dawał za wygraną. Co jakiś czas wkładał kolejnego kontuzjowanego palca do ust, by go possać i poczuć choć na chwilę błogą ulgę, zamiast uporczywego pieczenia.

Mozolnie przesuwał się wraz ze swoimi kapslami wzdłuż krawężnika w stronę starego, zielono-białego szlabanu nadleśnictwa, obok którego tkwił wykoślawiony słup z przybitą do niego tablicą pomalowaną na czerwono. Na tablicy białymi literami wypisana była litania Rzeczy Których Nie Wolno Robić w Lesie. POD KARĄ GRZYWNY. Z aż trzema wykrzyknikami!

Dalej droga rozwidlała się i można było pójść główną w górę (wybetonowaną z konieczności, ponieważ co druga ciężarówka wyładowana pniami ściętych drzew zjeżdżając z góry, grzęzła w gliniastych koleinach wypełnionych brudną deszczówką), albo skręcić w prawo i pójść leśną drogą nad domami, hen aż do Moszczenicy. Naturalnie jak każda inna droga leśna i ta miała swoje liczne odnogi, w które można było w każdej chwili skręcić i zagłębić się w las. Najbliższa prowadziła wzdłuż leśnej strugi (zwanej szumnie potokiem) szemrzącej wśród traw do rozległego i niebezpiecznego bagniska (usianego kaczeńcami), skąd brała swój początek, a kolejna na stary cmentarz choleryczny.

Cmentarz ten był obiektem fascynacji Krzysia i każdego dzieciaka w okolicy (no, prawie każdego, ale na pewno większości). Wiekowy i zapuszczony, już od dawna był prawie zapomniany. Przypominał się jedynie ponurą, omszałą kapliczką ufundowaną przez mieszkańców Starego Sącza w setną rocznicę największej epidemii cholery (Krzysio uważał, że to zabawna nazwa dla tak poważnej i śmiertelnej choroby) z 1831 roku. W pobliżu kapliczki, którą od czasu do czasu któryś z okolicznych mieszkańców bezinteresownie sprzątał z zalegającego igliwia i obrastającego ją dziko zielska, czuć było powagę śmierci i ten charakterystyczny zapach, jaki emanowała nadzwyczaj żyzna w tym miejscu i porośnięta gęstym bluszczem gleba. Chłopiec lubił odwiedzać to miejsce i czuć lekkie ukłucia niewytłumaczalnego strachu i gęsią skórkę na rękach. I z tym większą ulgą je opuszczać.

Teraz jednak był tak pochłonięty zabawą, że zapomniał o całym świecie i ani nie zwracał uwagi na cmentarz, ani nawet nie pomyślał o nim. Podniósł głowę dopiero, gdy jeden z kapsli spadł z końca krawężnika i zabrzęczał na kamieniach. Odtoczył się wdzięcznie, przez chwilę balansował niebezpiecznie przy krawędzi studzienki, mającej ujście przez betonową gardziel wprost do potoku, ale na całe szczęście zastygł bez ruchu, zanim w nią wpadł. Krzysio jednak zdążył się już poderwać na równe nogi i podbiec po swój skarb.

W tej samej chwili zauważył starą kobietę w długiej czarnej sukni, która przyglądała mu się z kamiennym wyrazem twarzy. Zupełnie nie zwrócił na nią wcześniej uwagi. Nie widział nawet, kiedy i skąd przyszła. Ale była tu, stała i przewiercała go spojrzeniem zimnych, wodnistych oczu. A on, ściskając w dłoni swoje kapsle, patrzył na nią z lekko rozdziawionymi ustami i snuł gorączkowe domysły na jej temat, jakie mogą zrodzić się tylko w wybujałej dziecięcej wyobraźni. W końcu przymknął usta i przełknął głośno ślinę. Zbyt głośno.

– Dzień dobry – wydukał nieśmiało.

– Dzień dobry, chłopcze – kobieta uśmiechnęła się lekko.

– Czy… Pani szuka tu… Kogoś? – zainteresował się w dobrej wierze Krzysio.

– Nie… A w zasadzie tak – poprawiła się szybko tajemnicza kobieta. – Nie mogę trafić na cmentarz.

Krzysio poczuł znajomy niepokój, a jego przedramiona zaczęły pokrywać się gęsią skórką.

– Ten cmentarz? – Jakoś odruchowo pomyślał o cmentarzu cholerycznym i nie odwracając nawet głowy, wskazał go palcem.

– Tak, chyba ten – potwierdziła. – Czy mógłbyś mnie tam zaprowadzić?

– Chyba tak… Mmógłbym… – Czuł, jak wzbiera w nim strach, a serce zaczyna coraz szybciej kołatać. – A samma pani nie trafi? To ttuż obok…

– Słabo mi trochę… Przydałaby się twoja pomoc.

– Nno dobrze – zgodził się chłopiec, chociaż wiedział, że nie wolno mu chodzić nigdzie z obcymi, a nawet rozmawiać (musztarda po obiedzie).

Szli bardzo wolno, ale Krzysiowi wydawało się, że trwa to całą wieczność. Wiedział od dziadka, że od furty w ogrodzeniu, za którym znajdował się jego dom, do kapliczki było równo sto metrów, potrafił też wyliczyć, że ruszyli z kobietą z połowy drogi, a więc do przejścia mieli tylko pięćdziesiąt (bułka z masłem). A jednak droga dłużyła się i chłopca męczyło dotrzymywanie kroku dziwnej kobiecie. Zdążyłby przebiec ten krótki dystans z dziesięć razy, i to tam i z powrotem! Ale nawet on zdawał sobie sprawę, że młodość ma swoje prawa, a starość swoje…

Cmentarz powitał go znajomym chłodem i zapachem. Teraz czuł gęsią skórkę już na całym ciele, a w kolanach nieprzyjemną miękkość. Miał dziwnie sucho w ustach.

Kobieta w czerni podeszła do kapliczki, ale nie uklękła ani nie zaczęła się modlić.

Zostań z nami! Zostań…!

– Ssłucham? – jęknął.

– Nic nie mówiłam… – Nawet nie obróciła głowy.

– A… Słyszała to ppani?

– Co takiego? – odpowiedziała pytaniem i nagle odwróciła się sprawiając, że chłopcu zastygł na ustach krzyk przerażenia. – Zostań z nami?

To nie była już staruszka w eleganckiej czarnej sukni, z którą tu przyszedł, a gnijący trup odziany w spleśniałe resztki całunu! Spod sypiącego się materiału wyzierało sino-zielone ciało, które odrywało się płatami od kości, a spod nich wysypywały się tłumnie obrzydliwe, tłuste larwy o kremowym odcieniu. A jej twarz… Boże, jej twarz była maską o zapadniętych pustych oczodołach, w których wiło się wściekle cmentarne robactwo. W miejscu nosa ziała wielka dziura, a tam, gdzie wcześniej były usta, zostały tylko resztki przegniłej skóry, spod której szczerzyły się nierówne, poczerniałe zęby.

Zostań z nami! Zostań…!

Chłopiec chciał uciec z tego koszmarnego miejsca jak najdalej, jak najszybciej, ale nogi nagle stały się ciężkie, jakby były z ołowiu i nie mógł zrobić nawet kroku. Trup wyciągnął ku niemu cuchnącą dłoń i złapał go za ramię. Strupieszałe ciało odchodziło od palców, ale kości zaciskały się coraz mocniej.

Zostaniesz z nami?! Zostań…!

Nieoczekiwanie odzyskał głos i wydał z siebie zdławiony przerażeniem, nieartykułowany wrzask, który był jednym wielkim zaprzeczeniem. Szarpnął się rozpaczliwie raz i drugi, jak ryba na haczyku wyciągnięta nagle z wody i poczuł, że lodowate palce trupa ześlizgują się z jego ramienia. To dodało mu ożywczej energii, by oderwał wreszcie stopy od ziemi i już biegł, biegł co tchu w płucach, jak nigdy dotąd w życiu, tak że mógłby pokonać każdego w biegu na te sto metrów, nie oglądając się za siebie, nie mając nawet odwagi, by obejrzeć się przez ramię. Już dopadł ciężkiej, drewnianej furty i pchnął ją z całych sił, aż odskoczył z głuchym brzęknięciem masywny skobel, już ryglował bramę za sobą. Wbiegł obłąkańczym pędem do domu, a potem po drewnianych schodach, dudniąc jak stado spłoszonych słoni, wprost na swój ukochany strych, bezpieczny strych, gdzie zawsze lubił przesiadywać. Przykucnął wśród kurzu i rupieci, za starymi, wypłowiałymi kożuchami pachnącymi naftaliną, obok sterty pudeł z osieroconymi ozdobami choinkowymi. Siedział tak jeszcze długo, rękami obejmując z całych sił kolana, dysząc ciężko i nie śmiąc się ruszyć. Aż w końcu dotarło do jego uszu krzątanie się dziadka, a później nawoływanie.

Kiedy wynurzył się ze strychu w sztuczne światło wieczoru, dostrzegł na swoim prawym ramieniu czerwono-siny odcisk upiornej dłoni i dopiero wtedy rozpłakał się na całego i wył jeszcze długo, jak syrena strażacka w wiejskiej remizie i ani babcia, ani dziadek nie byli go w stanie uspokoić, czy też dowiedzieć się, co takiego się stało. Przestał dopiero, gdy opadł z sił i zasnął na dziadkowych kolanach z głową wspartą na jego ramieniu, czując na czole jego szorstki zarost i intensywny aromat palonych przez niego popularnych.

Nigdy już nie wrócił na cmentarz choleryczny (omijał go szerokim łukiem), nikomu też nie pisnął słówkiem o tym, co go tamtego dnia spotkało. I przed nikim nie zdradził się, skąd ma dziwne znamię (przypominające kształtem dłoń), które szpeciło całe życie jego prawe ramię. Trupie znamię.

Exit mobile version