Monstressa, tom 5: Dziecko wojny – Marjorie Liu, Sana Takeda - KOSTNICA - POZORNIE MARTWA STREFA || Kostnica.Com.PL

Monstressa, tom 5: Dziecko wojny – Marjorie Liu, Sana Takeda

WOJNA WISI NA WŁOSKU

Nowy tom „Monstressy” właśnie pojawił się na rynku. Jeśli nie czytaliście poprzednich części, zaczynać opowieści w tym miejscu nie ma sensu. Ale jeśli jesteście fanami, powiedzieć mogę Wam tylko jedno: czeka tu na Was dokładnie jeszcze jedna porcja tego samego. Co to oznacza? Nie najgorzej napisaną, ale absolutnie świetnie zilustrowaną historię fantasy.

Wojna między Federacją a Arcanics zbliża się niebezpiecznie wielkimi krokami i nic nie zdoła jej chyba zatrzymać. Na Maikę czeka więc czas decyzji, które zaważą na przyszłych losach jej i jej przyjaciół. Na co się zdecyduje? I co z tego wyniknie?

„Monstressa” to jeszcze jedna seria na amerykańskim rynku, która mocno czerpie z mangowej estetyki, stylistyki i tym podobnych elementów. Na tym polu pod wieloma względami przypomina „Usagiego Yojimbo”. Co prawda w odróżnieniu od niego nie tylko jest bardziej realistyczna, skierowana do dojrzalszego czytelnika i oferuje w pełni kolorową szatę graficzną, niemniej oba tytuły stanowią przeniesienie azjatyckich wzorców na amerykański grunt. A przy okazji obie nie dorównują prawdziwym, podobnym im komiksom z Kraju Kwitnącej Wiśni.

Fabularnie „Monstressa” to dość prosta opowieść fantasy. Mamy bohaterów, niezwykły świat, popisy wyobraźni, akcję, wojenną zawieruchę, quest… Długo można by wymieniać, ale każdy to zna. I każdy zna też wiele dzieł, które treścią są lepsze od przygód naszej bohaterki. Bo to po prostu stricte rozrywkowa opowieść, nie ma tu większej głębi, nie ma też czegoś nowatorskiego. Mamy za to konsekwentnie snutą historię, którą czyta się nieźle. Czytelnik nie przeżywa zachwytów, postacie nie są zbyt złożone czy głębokie, ale za to nie ma też nudy.

Prawdziwą siłą cyklu pozostają jednak doskonałe ilustracje. Kreska z jednej strony jest dość uproszczona, ale pozostaje realistyczna, bogata w detale i dopracowana. Świetnie dobrany kolor, balansujący na krawędzi klasyki i współczesności, pomaga budować wyśmienity klimat, a czasem podkreśla dynamikę opowieści. I właśnie ta strona graficzna sprawia, że po „Monstressę” warto jest sięgnąć, nawet jeśli treść miałaby nie powalić nas na kolana.

Kto zatem lubi fantasy, niech sięgnie bez wahania. To niezła seria, typowa, ale chyba właśnie tego miłośnicy gatunku oczekują. A że „Monstressa” naprawdę wyróżnia się oprawą graficzną – i to in plus – warto zwrócić na nią uwagę.

Michał Lipka

Share

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.