OPOWIADANIE – CHIŃSKA DEMOKRACJA – MICHAŁ LIPKA | | KOSTNICA - POZORNIE MARTWA STREFA || Kostnica.Com.PL

OPOWIADANIE – CHIŃSKA DEMOKRACJA – MICHAŁ LIPKA

1

– Naprawdę cię to interesuje? Z ludzkim życiem tak to już jest, że da się o nim opowiedzieć ciekawie, ale tak naprawdę niewiele ciekawego się w nim dzieje. A jeszcze mniej wydarza się rzeczy niezwykłych. Jesteś jeszcze młody, ale chyba się już o tym przekonałeś?

– Jeny, dziadku – westchnął Albert i wywrócił oczami w dokładnie taki sam sposób, jak robiła to jego matka. Miał wprawdzie dopiero dwanaście lat, ale jego miny dodawały mu dojrzałego wyglądu. Straszne było to, w jaki sposób dzieci przejmują podobne drobiazgi od rodziców. Kiedyś nie zdawał sobie z tego sprawy, ale teraz, mając niemalże sześćdziesiąt pięć lat na karku, dostrzegał takie drobiazgi. Kiedy przegapił to u własnych dzieci? Zanotował w pamięci ten szczegół; przyda mu się w przyszłość, w to nie wątpił. – Piszesz książki, a opowiedzieć czegoś to już nie umiesz…

Roześmiał się.

– Masz rację. Ale gdybym umiał dobrze opowiadać, zostałbym politykiem, a nie pisarzem. Łatwo się pisze, ale mówić… Nie, nigdy nie radziłem sobie z tym najlepiej. Nawet w szkole, gdybyś tylko zobaczył moje oceny za odpowiedzi ustne, ale zostawmy ten temat. Pytałeś czy spotkało mnie w życiu coś niezwykłego. Trochę tego było.

Uśmiechnął się do swoich wspomnień.

Rzeczywiście trochę tego było. Nie tak niezwykłego, jak sądził chłopiec, ale na pewno chętnie wysłuchałby niejednej z tych opowieści, oj chętnie. Tyle, że nie były to historie dla niego. Jeszcze nie. Nie był hipokrytą, w jego wieku widział niejedno porno, gdyby jednak matka Alberta dowiedziała się, że opowiada mu o takich rzeczach… Cóż, matki bywają strasznie ślepe.

– A coś takiego najbardziej? No wiesz… Piszesz horrory…

Chłopiec może i nie był szczególnie zainteresowany podobnymi opowieściami, ale jak to mówią, na bezrybiu i rak ryba. Nie było prądu, burza szalała, a bateria w telefonie nastolatka padła dobrą godzinę temu, psując mu wynik w jednej z tych wszędobylskich gier. Książki? Nie, Albert nie nudził się aż tak bardzo nawet na wakacjach u dziadka. Już wolał pomęczyć staruszka, zamiast swoje oczy. Dobre i to. W dzisiejszych czasach starzy ludzie nie mogą zbyt często liczyć na wysłuchanie, szczególnie przez młode pokolenie. Poza tym czy Albert przeczytał którąkolwiek z jego książek? Chciałby w to wierzyć, ale z tego, co się orientował, dzieciak znał tylko jedno czy dwa z jego opowiadań. Dobre i to, ale… Żaden pisarz nie tworzy tylko dla siebie. Może jak go posłucha, zechce poznać trochę twórczości. Byłoby miło.

– Myślę, że mam coś, co mogłoby ci się spodobać.

– Tak?

– Coś, co przeżyłem, kiedy byłem niewiele starszy od ciebie.

Albert ożywił się nieco, ale jak na nastolatka przystało, nie zamierzał tego zbytnio okazywać. Koledzy wprawdzie nie patrzą, nie mniej lepiej jest nie wychodzić z wprawy.

– Pisałeś o tym?

– Nie – znów się roześmiał. – O niektórych rzeczach się nie pisze, tak po prostu. Chociaż nie wierz autorom, którzy twierdzą, że nie piszą o sobie; bezczelnie kłamią. Ale przejdźmy w końcu do opowieści, bo jeszcze minie burza, a my nie zdążymy zacząć.

2

Był kiedyś pisarz, który nazywał się Stephen King, pewnie go nie pamiętasz, wiem, mówię jak typowy marudzący starzec (choć kiedy byłem młodszy, przysięgałem sobie, że nigdy taki się nie stanę), ale ludzie już dawno zaczęli zapominać o pisarzach i książkach. Cud, że wciąż mam to szczęście bycia publikowanym na papierze. King pisał horrory, chociaż to zbyt duże uproszczenie jego twórczości, ale nie ma sensu w to teraz wnikać. Kiedy miałem mniej więcej tyle lat, co ty teraz, przeczytałem swoją pierwszą jego książkę i wpadłem. Pierwsza młodzieńcza miłość literacka – tego się nie zapomina, tak samo jak pierwszej dziewczyny, którą się pokochało.

Miałem wtedy taką zasadę, że jak nie wiedziałem jaką książkę kupić, kupowałem Kinga. To był dobry wybór. Sprawdzony, ale i rozsądny. Większość jego powieści i zbiorów opowiadań była dostępna w kieszonkowych, tanich wydaniach, a że rzadko tworzył coś cienkiego (pięćset stron to była dla niego norma), za grosze miałem zagwarantowaną niezłą lekturę. Czasem po prostu genialną, chociaż zdarzały się też beznadziejne gnioty z jego nazwiskiem na okładce, nie ma co tego ukrywać.

Jeśli cię to interesuje, posiadam wszystkie jego książki. Gdybyś kiedyś chciał przeczytać – wiem, wiem, czytanie to obciach (czy jak wy to tam teraz nazywacie), ale może jednak – wiesz, gdzie szukać.

Pamiętam, jak pierwszy raz stałem w dziale książek dla dorosłych w naszej bibliotece. Zabytkowy budynek zawsze pachniał pleśnią, na nogach miałem takie śmieszne filcowe kapcie, jakich nigdzie już nie spotkasz, dzień był gorący, a ja patrzyłem na te wszystkie horrory i powracające nazwisko Kinga. Innym razem stałem na przystanku. Wracałem z sąsiedniego miasta, gdzie załatwiałem coś, co już dawno zamazał czas, a przy okazji kupiłem trzeci tom Mrocznej wieży – tego nigdy nie zapomnę. Na autobus czekała też jakaś rudowłosa dziewczyna, młodsza ode mnie. Nieszczególnie ładna, ale i nie brzydka. Dziewczyna jakich wiele, ale podobało mi się to, w jaki sposób spoglądała na mnie i na książkę. Jakby też chętnie to przeczytała – albo już czytała – i jakbym jej się podobał. Przyjemne uczucie. Znasz to może? Nie? Cóż, dziewczyny rzadko okazują chłopakom, że jakiś im się podoba. Przyzwyczaj się do tego. A te, które ostentacyjnie robią takie rzeczy nie są warte zainteresowania, uwierz mi, wiem co mówię, choć pewnie i tak będziesz musiał przekonać się o tym na własnej skórze.

Potem poznałem wspaniałą dziewczynę, która czytała fantastykę, w tym oczywiście Kinga, ale to już miejsce na oddzielną historię. I to długą – w końcu chodzi o twoją babcię. Może kiedyś przyjdzie czas i na to.

Przynudzam? Wybacz staruszkowi. Tego, co mówię nie mogę już skrócić, zredagować ani poprawić… Ale to wszystko ma swój cel, spokojnie. Chciałem żebyś zrozumiał, że twórczość Kinga była obecna w moim życiu od kiedy skończyłem te naście lat i że zajmowała w nim ważne miejsce. Regularnie kupowałem jego książki, starałem się zdobyć wszystko, co tylko napisał. W końcu pewnego dnia, przeglądając informację o nim, trafiłem na news, który zmroził mi krew w żyłach. Jeden z dużych serwisów informował o istnieniu powieści Kinga, o której nie miałem pojęcia.

Mur. Tak brzmiał jej tytuł. Wall of Soul.

Zacząłem grzebać. Szukać. Wśród wykazu tytułów na stronie pisarza nie było nawet wzmianki o niej. To samo podawała wikipedia – tę stronę chyba znasz? – ale wiadomo, jak to z wikipedią. W końcu znalazłem więcej informacji. Jak informował autor artykułu, powieść nigdy nie ukazała się w Stanach (ani właściwie nigdzie indziej), bo otwarcie poruszała temat łamania praw człowieka w Chinach. Ostatecznie Mur wydany został tylko w Polsce nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka, 31 marca 2009 roku. Ale po proteście ambasady Chin, sejm zdecydował się umieścić powieść na Liście Ksiąg Zakazanych i wycofać ją ze sprzedaży. Co stało się z całym nakładem tego liczącego 745 stron tomiszcza, nie wiedział nikt, ale ci którzy zdążyli nabyć powieść, śmiało mogli nazywać się szczęśliwcami. Mur szybko pojawił się na portalach aukcyjnych, wystawiany za astronomiczne sumy, i jeszcze szybciej z nich zniknął.

Zastanawiałem się, jak mogłem przegapić coś takiego. Każdy by łamał sobie nad tym głowę – a przynajmniej każdy, kto nie był mądrzejszy ode mnie, co stanowi tylko dowód na to, że wcale nie trzeba być geniuszem by zostać popularnym pisarzem – szczególnie, że pilnowałem premier kolejnych powieści Kinga. Muru szukałem wszędzie, ale nigdzie nie znalazłem choćby egzemplarza. Żadna aukcja, żaden sklep, pirackie e-booki? Strony oferowały wszystko poza tą książką.

Nie pamiętam ile razy czytałem jej opis, ale robiłem to tak często, że wkrótce znałem go na pamięć. Robert Blake jest człowiekiem przegranym. Po wyjściu z więzienia, w którym siedział za handel narkotykami, musi zacząć życie od nowa. Okazuje się to trudniejsze niż przypuszczał, gdyż każdy jego dobry uczynek potęguje lawinę zdarzeń, które go przerażają i sprawiają, że zaczyna powoli tracić wiarę we własne zdrowie psychiczne. Gdy zaczynają ginąć ludzie, ktoś ich pozbawia całej krwi, Robert – ścigany przez policję – wymyka się do Azji, by w małym chińskim miasteczku przeczekać, aż wszystko przycichnie. Jednak dopiero tam, w sercu komunistycznego reżimu, zaczyna rozumieć, czym jest mur, z którym musi się zmagać. Dochodzi do wniosku, że wolałby wrócić do więzienia, lecz nie jest to takie proste. Duch komunizmu, zaczyna go prześladować.

Nie przyszło mi nawet do głowy, że to może być żart. A był. Ktoś – być może wydawca, a może jeden z portali (tu głosy były podzielone) – zakpił sobie z fanów pisarza. Prima aprilis. Szukałem powieści w sieci, a nawet nie spróbowałem wyszukiwania po numerze ISBN. Wiedziałbym wtedy, że należy on do innej książki Kinga, Ręki mistrza. Człowiek bywa taki głupi, prawda? Jedno mogłem zaliczyć na plus – przynajmniej nie brakowało mi żadnej powieści Króla w kolekcji.

Wtedy nie miałem jeszcze pojęcia, że to początek moich kłopotów z Murem.

3

– Napiłbyś się czegoś? Koszmarnie zaschło mi w ustach – westchnął. – Mówiłem, że nie nadaję się na mówcę.

Uśmiechnął się do wnuczka. Ten niechętnie odwzajemnił uśmiech. Boże, jak on był podobny do matki, co w przypadku chłopaka nie było czymś pożądanym. Może rysy mu się wyostrzą, a może nie, jego twarz widoczna w mroku rozjaśnianym uderzeniami kolejnych piorunów nie wskazywała jednak, by tak miało być. Wyglądał niemal dziewczęco, choć pod nosem i na policzkach pojawił się już cień pierwszego zarostu.

Starzec wstał i poszedł do kuchni po coś do picia, nie czekając na odpowiedź. Wrócił z dwoma szklankami mrożonej zielonej herbaty. Kostki lodu, choć zamrażalnik jeszcze jakoś się trzymał, były częściowo rozpuszczone, ale brzękały o ścianki naczynia obietnicą zimnego napoju.

– Trzymaj, wypij póki chłodne. Takie jest najlepsze.

Nie lubił u siebie tego wiem-lepiej tonu, ale czasem zdarzało mu się go używać. Jak widać takie rzeczy nie zależą od tego, kim się jest, tylko ile ma się lat. A może jednak się mylił?

Błysnęło, zagrzmiało.

– King napisał kiedyś niezły horror o burzy i prądzie. Zepsuł zakończenie, jak to miał niestety w zwyczaju (co wychodziło Lovecraftowi, nie pasowało jemu, ale co się dziwić – trzeba wierzyć, że to, co się opisuje istnienie rzeczywiście, żeby przekonało czytelników).

– A może wróćmy do opowieści o tej książce?

– W porządku. Moje gardło powinno poradzić sobie z resztą tej opowieści bez przerw.

Usiadł na krześle, które zajmował do tej pory, szklankę postawił na stającym obok biurku, przy którym zdarzało mu się pisać w dnie, kiedy dopisywała pogoda, a w domu zostawał sam, bo żona wyszła akurat po zakupy czy po prostu przejść się po okolicy, i zaczął opowiadać.

4

W owym czasie przyjaźniłem się nieszczególnie rozgarniętym, ale sympatycznym chłopakiem o imieniu Marek. Dawno nie ma go już na tym świecie, świeć Panie nad jego duszą, ale nigdy nie spotkałem wierniejszego człowieka. Oczywiście poza twoją babcią. Nie był głupi, po prostu nie radził sobie z nauką ani nie czytał zbyt szybko, ale czytał. W odróżnieniu od większości przedstawicieli mojego pokolenia kochał książki, chociaż nie radził sobie z nimi najlepiej. Był też naiwny, jednak nie w sposób, jaki kojarzy się z osobami upośledzonymi. Był w końcu w stanie uczyć się w normalnej szkole i jakoś zdawać z klasy do klasy.

Marek też czytał Kinga. Z wiadomych przyczyn wolał cieńsze powieści i opowiadania (jego ulubionym tekstem był Słoik z ciasteczkami), przy dłuższych czasem pytał mnie o wcześniejsze wydarzenia fabularne, zanim dobrnął do ich rozwiązania. I to od niego dowiedziałem się, że temat Muru znów wypłynął w sieci.

Zaczęło się od kilku zdjęć na facebookowych grupach poświęconych Stephenowi Kingowi. Jakiś użytkownik zamieścił tam fotografię posiadanego egzemplarza książki – z miejsca spotkał się z reakcją hejterów. Nikt nie wierzył, że to autentyk – powieść w końcu nie istniała – a fotografia szybko zniknęła z grupy. Potem pojawiły się kolejne, niektórzy zamieszczali nawet skany poszczególnych stron Muru. Drukowałem je, porównując z innymi dziełami. King pisał kiedyś, że każdy pisarz ma niepowtarzalny styl. Ten wprawdzie się zmienia, ewoluuje, ale ostatecznie nie da się go pomylić z niczyim innym. Szczególnie, kiedy poddawane w wątpliwość dzieło pochodzi z okresu, gdy umiejętności literackie już okrzepły i się ukształtowały. A przecież gdy Wall of Soul rzekomo powstawało, pisarz miał za sobą ponad 30 lat kariery.

I powiem ci, że to brzmiało rzeczywiście jakby powieść napisał właśnie on. Nikt inny tylko Król Horroru.

Robert Blake czuł się przegrany. Nie chodziło o to, że nie miał pracy, domu ani rodziny, bo w ramach programu resocjalizacyjnego zagwarantowano mu zatrudnienie w lokalnym warsztacie samochodowym, rodzice też pewnie przyjęliby go pod swój dach, a jego byłej obecnie dziewczynie okres spóźniał się już dwa miesiące, kiedy on trafił do więzienia i z tego, co się orientował, nie zamierzała poddać się aborcji. Po prostu czuł, że pobyt za kratami odebrał mu coś, czego nie potrafił ubrać w słowa. Coś, z istnienia czego nie zdawał sobie nawet sprawy, dopóki tego nie stracił.

Kiedy to przeczytałem, poczułem podniecenie, jakiego nie doświadczyłem chyba od czasu oczekiwania na finalny tom Mrocznej wieży. To było… to było… jako dziecko nie potrafiłem tego nazwać – zupełnie jak bohater powieści. Wiedziałem jedno; że musze to przeczytać. Nie ma innej możliwości. Nawet jeśli byłby to tylko czyjś żart, powieść brzmiała po prostu znakomicie. Czym jej lektura różniłaby się od czytania dokonań synów Kinga?

Zacząłem więc pisać do ludzi, którzy wrzucali zdjęcia (łącznie było ich dziewiętnastu; tylu przynajmniej naliczyłem, bo ich posty znikały dosłownie po kilku chwilach). Nic z tego jednak nie wyszło.

Nie byłem pierwszym, który to odkrył – nie ja też nagłośniłem to na forach – ale konto każdego użytkownika, który wrzucał posty przedstawiające okładkę czy też fragmenty Muru, przestawały istnieć niemal od razu. Do żadnego z nich nie dotarła moja wiadomość, żadnego z nich nie udało mi się wyśledzić nigdzie indziej. Zupełnie jakby przestali istnieć.

– Nie boisz się? – zapytał mnie Marek.

Spojrzałem na niego pytająco.

– No tej całej sytuacji. Oni zniknęli, nie?

– E tam, ktoś ich zablokował za piractwo.

– A jeśli nie?

– Chyba nie wierzysz w takie głupoty. To tylko książka, litości. Nikogo jeszcze nie aresztowali za posiadanie Rage.

To była jedna z pierwszych powieści Kinga. Dzisiaj można kupić jej wznowienia, ale kiedyś, przez kilka dekad pozostawał zakazana przez samego autora, po tym jak jej egzemplarze znaleziono u uczniów, którzy niezależnie od siebie (najwyraźniej zainspirowani lekturą), doprowadzili do masakr w amerykańskich szkołach.

– Tego nie wiesz.

– A słyszałeś o takim przypadku?

– Nie czytam za dużo w sieci, skąd mogę wiedzieć.

– Ja nie słyszałem.

Wygooglowałem temat.

– Widzisz? Żadnych wyników.

Ale nie czułem się już tak pewnie, jak chwilę wcześniej.

5

– Ostatecznie jednak nie zaprzestałem szukania informacji na temat Muru.

– Też bym nie przestał – odezwał się Albert, sącząc herbatę, z której zupełnie zniknęły już kostki lodu.

Staruszek spojrzał na niego. Był poważny, historia najwyraźniej go wciągnęła, chociaż nie działo się w niej nic niezwykłego. Jeszcze.

– Większość nadal upierała się, że powieść nie istnieje, ale pojawiało się coraz więcej głosów twierdzących coś innego. Gdzieniegdzie można było nawet znaleźć teorie spiskowe czy też fakty, jak upierali się niektórzy, mówiące, że Mur rzeczywiście ukazał się w roku 2009, ale coś poszło nie tak. Skoro Chińczycy potrafią cenzurować swój internet i sprawić, by beż śladu znikali obywatele ich kraju, jaki mieliby problem usunąć nakład jednej powieści z niewielkiego państwa w Europie oraz wszelkich informacji o niej?

– Albo tych, którzy ją posiadali… – wymamrotał Albert, po czym uśmiechnął się i dodał: – Tylko po co niby mieliby to robić? Mało to jest książek mówiących o tym, co się tam działo?

Staruszkowi spodobał się jego entuzjazm. W końcu go czymś zaciekawił. Po raz pierwszy od niemal dwóch tygodni, jakie chłopak spędził tu głównie na włóczeniu się po okolicy i korzystaniu z dobrej pogody. Poza tym sam też czuł się jakby lżejszy; po prostu musiał opowiedzieć o tym komuś innemu niż żonie.

– Chyba, ze King napisał tam o czymś, czego nie poruszył nikt inny. Ale masz rację, sam zadawałem sobie to pytanie.

– I do jakich wniosków doszedłeś?

– Do żadnych. To nie miało sensu, każdy miał inną teorię, pojawiały się coraz dziwniejsze historie, także te mówiące, że King po latach pisania horrorów przekroczył granicę fikcji i to, co wyzwolił powieścią, co zaczęło dziać się wokół niej, przestraszyło go na tyle, że wolał wycofać ją, jak przed laty Rage. Zresztą nie musiałem się w to wszystko zagłębiać.

– To znaczy, że…

– Tak, zdobyłem w końcu Mur.

 

6

Długo szukaliśmy kogoś, kto rzeczywiście mógłby sprzedać nam Mur. Przez cały ten czas nie zastanawiałem się nawet ile może to kosztować, ale kiedy pojawiła się ku temu okazja, wpadłem w panikę. Pieniądze od rodziców? Z tym mogłem co najwyżej kupić kieszonkowe wydania książek Kinga, ale nie coś, co rzekomo osiągało astronomiczne kwoty. W dodatkowej przegródce w portfelu miałem odłożonych kilka banknotów składających się na sumę 50zł, ale to też było niewiele.

Marek zaproponował, że się dołoży, ale nie miałem serca. Zawsze było mi go żal, czułbym się, jakbym go okradał. W końcu sprzedałem kilka zbędnych mi książek, trochę grosza wyżebrałem u rodziców i stwierdziłem, że jestem gotów.

Sprzedający nie podał ceny. To była pierwsza rzecz, która wydawała się dziwna. Dogadamy się, napisał. Ale jako miejsce spotkania wybrał budynek znajdujący się przy dość ruchliwej ulicy, na dodatek na piętrze gdzie mieściły się jakieś prywatne biura, sprawdziliśmy w internecie, że posiada także monitoring. Godzina też była na plus – 10 rano. Był jeszcze jeden drobiazg z tym związany, ale już niezależny od sprzedającego. Ja i Marek mieszkaliśmy na obrzeżach miasta, budynek natomiast znajdował się w miejscu, do którego mogliśmy albo dotrzeć dość szybko przez niewielki, rosnący niedaleko las, albo też wlec się okrężną, o wiele dłuższą drogą prowadzącą najpierw do centrum, a potem odbijającą w lewo, na wschód.

Wybraliśmy tę pierwszą opcję. A właściwie wybrałem ja, Marek po prostu nie protestował. Znaliśmy tę okolice jak własną kieszeń, wiele wakacyjnych dni spędziliśmy włócząc się między drzewami, płynął tam nawet niewielki strumyk, teraz już go nie ma (wysechł i został zasypany, a teren wyrównano i obecnie w jego miejscu rosną drzewa), ale wtedy służył nam na ochłodę w upalne dni. Uwielbialiśmy siedzieć pod drewnianą kładką i moczyć nogi w wodzie, czytając komiksy i zajadając rzeczy, jakich teraz nie znajdziesz w szkolnych sklepikach.

Dzień był słoneczny i ciepły, ale ja ze zdenerwowania miałem zimne ręce. Szliśmy na spotkanie z obcym mężczyzną, podejrzanym już za sam fakt chęci takiego spotkania. Oczywiście nie byliśmy nieprzygotowani, wręcz przeciwnie. Zostawiłem w domu kartkę z informacją dokąd idę i po co. Gdybym nie wrócił do powrotu rodziców z pracy – na co nie było szans, jeśli wszystko miało pójść zgodnie z planem – wiedzieliby co robić i gdzie mnie szukać. Telefon był naładowany, gdyby trzeba było mnie namierzyć. Miałem też scyzoryk, całkiem ostry i mogący się przydać w razie jakichś kłopotów; tak to sobie wyobrażałem.

Poza tym czułem się silny, jak nigdy. Szansa na zdobycie powieści, która nie istniała, szansa na przeżycie czegoś w rodzaju wydarzeń, w jakich brał udział bohater noweli Kinga Ur, dodawała skrzydeł. Szukając informacji o Murze, dowiedziałem się o istnieniu wielu podobnych dzieł z różnych dziedzin. Miłośnicy horroru wierzyli, że gdzieś tam jest Requiem for a Vampire w pełnej, niepociętej wersji oraz w The Ring: Krąg tzw. wersja brukselska, która zawierała sceny, jakich nigdy potem nikt nie widział. Fani kina byli pewni, że kopia Saved from the Titanic ocalała jednak z pożaru studia, co potwierdzały dostępne w sieci fragmenty, a zapaleńcy pornografii starali się udowodnić, że obraz HIM traktujący o Jezusie rzeczywiście został nakręcony. Ci, którzy czytali komiksy uważali, że istnienie gdzieś Swamp Thing Alana Moore’a, w którym tytułowy bohater cofa się do czasów ukrzyżowania, a sympatycy twórczości L. Franka Bauma nadal poszukiwali czterech jego niewydanych powieści dla dorosłych, po których wszelki ślad zaginął. Nawet miłośnicy muzyki mieli swoje Chinese Democracy (You Snooze, You Lose) Offspring, chociaż sam frontman przyznał, że był to tylko żart z Guns N’ Roses i ostatecznie album ten nazwał Splinter. Z tym, że oni wszyscy nie mieli najmniejszych szans na dotarcie do swoich Świętych Graalów, a my za chwilę mieliśmy stanąć z naszym oko w oko. Czy mogło być coś bardziej motywującego?

I wtedy to dostrzegłem.

Byliśmy już blisko celu, minęliśmy strumyk, przechodząc po trzeszczących deskach kładki, pod którą tak lubiliśmy siedzieć, i weszliśmy w gęstsze krzewy rosnące bliżej granicy lasu, kiedy coś poruszyło się między drzewami. Przystanąłem, bo mimo podniecenia miałem w głowie wszystkie te teorie spiskowe o znikaniu posiadaczy Muru.

Coś poruszało się w krzakach. Cień dostrzegalny kątem oka powoli przesunął się na tle drzew, ale cokolwiek to było, nie przypominało człowieka. Miało zbyt duże rozmiary, kształtem też nie było podobne, chociaż o żadnym kształcie nie mogło być tu mowy. Miałem wrażenie jakbym dostrzegł cień przysłaniający część rzeczywistości, coś olbrzymiego i zwiewnego zarazem. Jak duch. Wiem, brzmię teraz jakbym opisywał coś z książek Kinga, ale…

Marek też to zobaczył. Ja stałem i patrzyłem, próbując dostrzec jakieś szczegóły, ale on rzucił się do ucieczki, nie zwracając na nic uwagi. Wywrócił się po kilku metrach (potem okazało się, że zdarł sobie skórę z ręki aż do krwi, a jakiś patyk zostawił na jego brzuchu ślad, jak po pazurze psa), ale zaraz podniósł się i zaczął biec dalej. Ruszyłem za nim. Czy się bałem? I tak, i nie. To było dziwne, trochę straszne, to prawda, ale przede wszystkim dziwne. Intrygujące. Przemykało za drzewami, przenikało przez nie, zmieniało kształt… Równie dobrze można by powiedzieć, że istniało i nie istniało zarazem.

Budynek, do którego zmierzaliśmy, znajdował się dosłownie kilkadziesiąt metrów dalej. Widzieliśmy go biegnąc. Marek wpadł do środka jak oparzony, ja wbiegłem tam za nim. Wnętrze było nieprzyjemnie chłodne i ciche, zupełnie jakby nikogo więcej tutaj nie było. Za naszymi plecami drzwi zamknęły się tak gwałtownie i z taką siłą, że aż podskoczyliśmy. Zupełnie jakby ktoś trzasnął nimi ze złości albo kopnął – i to tak, że zadzwoniły szyby w oknach.

Gdybyśmy wtedy je sprawdzili, pewnie nie weszlibyśmy na górę. Na pewno nie dałby się w tej chwili otworzyć, a my szarpalibyśmy za nie, a kiedy by nie ustąpiły, ucieklibyśmy przez uchylone okno. Ale tego właśnie się bałem, więc pociągnąłem Marka, zanim zdążył zaoponować. Ruszyliśmy po schodach, a echo naszych kroków niosło się w wąskiej przestrzeni, niemal tak głośne, jak odgłosy uderzeń naszych serc.

Szliśmy powoli, dopóki znów nie zaczęło coś się dziać. Zobaczyliśmy jak na jednym z pustych, ciemnych korytarzy, stojące pod ścianą krzesła odrywają się od podłogi i uderzają w sufit, gdzie zostały już na dobre. Ktoś zaczął krzyczeć, zewsząd zaczęły dobiegać jakieś dziwaczne odgłosy. Chcieliśmy uciec, ale drzwi prowadzące na klatkę schodową zatrzasnęły się za naszymi plecami. Pozostawało nam jedynie iść naprzód.

7

– Reszta pewnie cię rozczaruje, ale… – Starzec uśmiechnął się do wnuczka. – To dotyczyło Stephena Kinga! Jak mówiłem, zbyt często w jego książkach zdarzały się kiepskie zakończenia, więc czy w życiu mogło być inaczej?

– Czemu więc czytałeś jego książki, skoro pisał tak źle?

– O nie, nie pisał źle. Owszem, czasem i takie dzieła popełniał (nie będę cię tu zanudzał tytułami, ale jeśli kiedyś zechcesz poznać jego twórczość, nie rób tego od Roku wilkołaka ani Desperacji), ale przede wszystkim pisał lekko i znakomicie. Miał problemy z rozwiązywaniem akcji, często groza był dziwna i śmieszna, a jednak było w jego książkach coś takiego, co po prostu człowieka zachwycało i chciał więcej, nawet jeśli nie był zadowolony z tego, co już dostał.

Oho, widzę, że burza powoli się kończy. Jeszcze trochę i dadzą prąd, ale mamy jeszcze czas. Wracając do naszej opowieści… Mur rzeczywiście czekał na nas na górze. Ale nie sprzedawał go jakiś przypadkowy człowiek, który kupił przed laty egzemplarz.

Staruszek zaśmiał się, a Albert popatrzył na niego niepewnie. Czyżby dziadkowi już całkowicie odbiło? Cóż, tego nie można było wykluczyć.

– Stephen King zawsze miał poczucie humoru. I bardzo dużo różnych lęków i nerwic. Chyba powinieneś to wiedzieć, zanim opowiem co było dalej. Bał się latać samolotami, bał się liczby trzynaście… Było tego dużo, dużo więcej, miał swoje dziwactwa, miał też rytuały. Kiedy od polskiego wydawcy dowiedział się o żarcie z Murem, bo cała ta historia z zakazaną przez władze książką tym właśnie była, uznał, że mógłby napisać coś takiego. Może nie tak obszerne dzieło, ale jednak. Pisywał już przecież książki na podstawie podsuniętego mu przez kogoś pomysłu. Z tym że w przypadku Muru nic mu nie wychodziło, pisanie go męczyło, pomysł prześladował… King zaczął się czegoś bać tak, jak bał się trzynastki czy samolotów. Skończył pisać, wysłał powieść wydawcy, ale kiedy wydrukowano pierwsze egzemplarze, które miały być rozdane polskim czytelnikom jako niespodzianka (i pewnie zadośćuczynienie za lata pomijania Polski w swych autorskich podróżach) jeszcze przed ogłoszeniem istnienia powieści, wycofał się ze wszystkiego. Wall of Soul zostało wycofane i było sukcesywnie kasowane z internetu, chociaż jak wiadomo kilka egzemplarzy zdążyło wyciec.

– Skąd to wszystko wiesz?

– Człowiek, który chciał sprzedać mi egzemplarz Muru (a właściwie nie tylko mi, jak się wtedy przekonałem – kilkudziesięciu innych, upartych fanów Króla także dostąpiło tego zaszczytu) był nikim inny, jak przedstawicielem wydawnictwa. Szum medialny jaki zrobił się wokół książki sprawił, że postanowili wykorzystać go jako reklamę i reaktywować pomysł wydania Wall of Soul. King już wówczas odszedł na literacką emeryturę, którą zapowiadał od lat. Po tej powieści nie napisał już niczego nowego, choć miał dość ukończonych projektów by wydawać je jeszcze przez długie lata. Nikt nie zaprotestował przeciwko publikacji Muru.

– On ci to wszystko powiedział? Znaczy ten wydawca?

– Nam. Akcja promocyjna miała ruszyć za kilka dni – i ruszyła – ale my, wraz z kilkoma innymi osobami, trafiliśmy na jej przedsmak. Kiedyś, dawno temu, bo w roku 2013, gdy do kin wchodził remake Carrie na podstawie debiutu Kinga, częścią kampanii promocyjnej było nagranie z jednego z lokali, gdzie dziewczyna siedząca przy stoliku nagle zaczyna krzyczeć, a stół i krzesła zaczynają przesuwać się po ziemi itd. To samo zrobiono przy okazji Muru. Trzaskające drzwi, krzyki, krzesełka lewitujące na sznurkach… To dodatkowo przyciągało ludzi, szczególnie gdy nieświadomie stali się uczestnikami tych wydarzeń i chcieli przeżyć je na nowo.

– Trochę kiepsko… – Albert skrzywił się. Spojrzał na pustą szklankę i odstawił ją na blat.

– Tak to już w życiu bywa. Ale wtedy miało to swój urok, wiesz?

– Domyślam się. – Chłopak przybrał minę, jaką robiła jego matka, kiedy mówiła coś naprawdę poważnie.

Staruszek poczuł ciepło na sercu. Nie chciał tego przed sobą przyznać, ale odkąd tu był, wnuk drażnił go swoim zachowaniem. Wiedział, że sam był taki w jego wieku, nie mniej i tak nie potrafił przejść nad tym do porządku dziennego. Teraz jednak poczuł, że naprawdę kocha tego dzieciaka, tak jak kochał jego ojca i jak pokochał też synową.

Dlatego nie chciał opowiedzieć mu wszystkiego. Jaki to zresztą miało sens? Nikt nie chce wyjść na wariata, szczególnie w oczach bliskich, dlatego czasem lepiej jest zabrać ze sobą to i owo do grobu.

W milczeniu wyjrzał przez okno i zapatrzył się w mrok.

Może i wszystkie te trzaskające drzwi i latające meble były częścią kampanii, ale na pewno nie było nią to, co dostrzegli w lesie chwilę wcześniej. Pewnie nigdy by się o tym nie dowiedział, gdyby Marek nie zapytał:

– A jak zrobiliście tamto między drzewami?

– Jakie tamto? – odpowiedział pytaniem przedstawiciel wydawnictwa. Ale chyba też wiedział, bo pobladł i zaczął szukać tematu zastępczego. Marek wyjaśnił mu to, co widział, najlepiej jak umiał. – Wydawało się wam.

Taka była odpowiedź. Jak zawsze. I może rzeczywiście dzieciom wiele rzeczy się wydaje, ale tego jednego byli akurat pewni; i nigdy tej pewności nie stracili. Coś tam było, a potem towarzyszyło im przez resztę życia, choć nigdy więcej tego nie dostrzegli. Może to był przypadek, a może King rzeczywiście swoim pisarstwem dokopała się do czegoś, czego nie powinien był ruszać. Może też przesadzali, a może lata czytania i oglądania horrorów zrobiły swoje. Starzec jednak wierzył, a właściwie wiedział to z niezachwianą pewnością, że coś tam było. I że Marek wcale nie przypadkiem wpadł po latach pod samochód. Ale cokolwiek to było, nie było związane z Murem. Nie bezpośrednio z tą książką. Gdyby tak było, miliony czytelników doświadczyłyby tego samego, a on na pewno nie opowiedziałby tej historii wnukowi z obawy, że i on stanie się częścią tego wszystkiego. Jednak istnieli też tacy, którzy przeżyli to samo, to samo czuli i myśleli, a w taki przypadek po prostu nie wierzył.

Zadrżał na myśl o tym wszystkim.

– Zimno ci? – zapytał Albert.

– Nie, to tylko zmiana ciśnienia. W tym wieku… ale co cię będę zanudzał starszymi dolegliwościami. Zgłodniałem coś od tego wspominania. Zjadłbyś jajecznicę?

– Może być.

– To doskonale. Chodź, mam chyba gdzieś trochę szczypioru. Na samą myśl cieknie mi ślinka.

I ruszyli do kuchni.

Michał P. Lipka

W opowiadaniu wykorzystano opis fikcyjnej powieści Kinga pt. Mur

Share

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *