OPOWIADANIE – Gość w dom – Bóg w dom – Maciej Szymczak | | KOSTNICA - POZORNIE MARTWA STREFA || Kostnica.Com.PL

OPOWIADANIE – Gość w dom – Bóg w dom – Maciej Szymczak

O tak malutka!! Wypnij bardziej ten dorodny tyłeczek. Pokaż mi twą wilgotna szpareczkę.

Grube krople potu spływały po czole Jerzego. Mięśnie twarzy drgały z podniecenia, źrenice oczu rozszerzały się, pożerając  łakomię każdy centymetr gibkiej niewieściej sylwetki.

gosc

Chwyciła różowe dildo, powoli zagłębiając sztucznego penisa  w swojej pochwie.

O tak!! Jak mi dobrze, jak błogo, rżnij mnie tygrysie – kołysała się rytmicznie, bawiąc wibratorem.

Zajęczała, zamykając oczy w błogim wyrazie seksualnej rozkoszy. Jerzy od dłuższego czasu mocował się z paskiem od spodni. Jago  lico zalały dwa czerwone rumieńce. Językiem oblizywał popękane usta,  czując jak  nabrzmiały penis pulsuje coraz bardziej. W końcu dostał się do bokserek, ściskając mocno swojego ptaka. Marszczył go równomiernie, czując że jest bliski orgazmu.

Powiedz na głos moje imię, powiedz mokra cipeczko !– pisał nieporadnie na klawiaturze jedną ręką, nie chcąc przerywać podniecającej czynności.

– JU…REEEK – zajęczała opalona brunetka, nadymając mięsiste wargi – Jurek, Jurek, Jurek – oddychała coraz szybciej –  Jurek rżnij mnie, PIERDOL MNIE JERZY, AHHH!!!

OHHH! – zaskomlał czując nadchodzący orgazm. Poddał się fali rozkoszy, gejzer spermy wytrysnął w górę, brudząc jego bieliznę.

– JERZY?! – w drzwiach stała kobieta w eleganckiej sukni, gapiła się tępo z wyrazem skonsternowania na twarzy.

-AHH!! – speszony uderzył dłonią w spod blatu od biurka. Laptop runął z hukiem na podłogę. Zdyszany wysapał – Czegoooo, czego chcesz?? –  stękał, przeżywając wciąż orgazm.

– Co się dzieje?  Źle się czujesz? Masz zawał?! – przerażona kobieta chwyciła komórkę, gotowa wezwać karetkę

– Nieee – uspokoił ją wzdychając z ulgą – W porządku Marysiu,  ja tylko….  A zresztą moje prywatne sprawy nie powinny cie interesować !– przypomniał sobie nagle kto nosi spodnie w tym domu, nie musi się przecież  tłumaczyć tej głupiej pindzie  – Nakryłaś do stołu?! Możemy zaczynać?!! – przerwał lawinę pytań, którymi chciała go zasypać  wścibska małżonka.

– Kolacja gotowa, czekamy tylko  na ciebie – odparła, patrząc na niego podejrzliwie. Kątem oka dostrzegła owłosioną dłoń spoczywającą na rozporku.

– ZARAZ PRZYJDĘ!! – wrzasnął nagle – Już człowiek nawet w domu spokojnie popracować nie może !!– skarcił żonę , unikając jej pytającego wzroku. W głębi duszy miał nadzieje iż nie odkryła jego małego sekretu, w oczach rodziny wolał pozostawać moralnie nieskazitelny.

– I co? Napatrzyłaś się już? Zamknij drzwi musze się przebrać!!!

Kobieta potulnie wycofała się, zostawiając skrępowanego męża samemu sobie.  Jerzy wyciągnął z szuflady wilgotne chusteczki i wytarł klejące się od nasienia dłonie. Wstał, podchodząc do lustra. Zacisnął na szyi krawat i poprawił pognieciony kołnierz  koszuli. Zaczesał  grzebieniem siwe włosy, i wtarł wodę kolońską w twarz. Musiał sobie dogodzić, wciąż rozpalały go gorące wspomnienia wczorajszej nocy, kiedy to pieprzył nowa asystentkę: cudną Martusie. Ma pudernica talent aktorski!!! Perfekcyjnie wcieliła się w rolę córeczki molestowanej przez tatusia…. Ta filigranowa suczka nieźle operowała językiem – nikt tak dobrze nie ciągnął druta.                                                                                                     Jerzy Lange, prezes „Prosiaczka”, król wędlin, wiódł dostojne i bogate życie. Bogobojny mąż, hojny przyjaciel biskupa Stanisława, wspierający poznańską akcję katolicką. Otrzymał niedawno zaproszenie do Tv Trwam, w nowym roku ma być gościem specjalnym w ich studiu telewizyjnym. Jego słabostka do kobiet, z pewnością nie mogła mu medialnie zaszkodzić. Czuł się niemal nietykalny…. Podziwiał w lustrze swoją tłustą, owalną twarz.  Uśmiechnął się do siebie, szczerząc małe, pożółkłe ząbki. Nie musiał dbać o higienę jamy ustnej ani o wygląd zewnętrzny. Miał  hajs, nie musiał nawet myć fiuta, żądne kariery dupeczki z lubością zlizywały serek spod jego napletka. Bogaty, szanowany, zaspakajany, czego może chcieć więcej mężczyzna po pięćdziesiątce?         Opuścił swój gabinet, zmierzając ku świątecznie udekorowanemu salonowi. Wysoka choinka mieniła się wszystkimi barwami, pstrokate lampki tańczyły na gałęziach, zmieniając co chwile swe barwy. Z głośnika płynęły miłe dla ucha, świąteczne melodie. Nie żadne amerykańskie komercyjne hity, tylko tradycyjne polskie kolędy. Cala rodzina czekała na niego, siedząc przy bogato zastawionym stole. Nastoletnia córka tępo gapiła się w iPhona,  klikając zapamiętale w szybkę  urządzenia. Niesforny synalek, patrzył  się głupio w sufit, demonstrując znużenie. Pogrążona w demencji teściowa siedziała na wózku inwalidzkim, kiwając się w rytm wigilijnych pieśni. Małżonka uśmiechnęła się nieśmiało, najwyraźniej mając sobie za złe , ze przeszkodziła mężowi w pracy. W końcu biedaczek przepracowuje się, dbając o ich dobro. Jerzy podszedł do świątecznego stołu i zadzwonił łyżeczką w kieliszek, chcąc rozpocząć modlitwę.

–  Ojcze nasz – zaczął recytować pacierz, upominając wzrokiem zapatrzona w techniczny gadżet latorośl – któryś jest w niebie – kontynuował podnosząc bas, linczując wzrokiem podpierającego się łokciem nastolatka – Święć się imię twoje…  NOSZ KURWA MAĆ! – Świergocząca melodyjka dzwoniącego dzwonka, wytrąciła go z równowagi.

– Jerzy!! – upomniała go małżonka, wskazując porozumiewawczo na siwą seniorkę. Ta kiwała się nadal wesoło, pogrążona w tylko sobie znanym świecie.

– Wybacz kochanie , pójdę zobaczyć kogo niesie –  odrzekł łagodnie, powstrzymując się od obelżywych określeń.                                                                                                                                                                       Klnąc pod nosem podszedł do drzwi wejściowych. Spojrzał na ekran domofonu. Kamera na zewnątrz zarejestrowała  nieznajomą postać. Długowłosy mężczyzna stał przed furtką, uparcie wciskając dzwonek. Ubrany był niechlujnie i jakoś tak nie współcześnie, jak  traper lub myśliwy z zamierzchłej epoki.  Na głowie zdawał się mieć futrzaną czapę, ciało zakrywał gruby kożuch. Bujna siwa broda opadała na tors, spod czapki wystawały srebrzyste loki włosów.

– Jakiś przebieraniec  czy co? – westchnął z odrazą prezes – Tak? – zapytał nerwowo podnosząc słuchawkę domofonu.

 

– Jestem wędrowcem, szukam strawy i  ciepła. Może znalazłoby się miejsce przy waszym wigilijnym stole?

– Chyba pan zwariował – rzekł oschle, nie dowierzając dziwnej prośbie – nie gościmy obcych u siebie.

–  Gość dom, Bóg w dom! – zaśmiał się intruz dobrodusznie – Stwórca  wynagrodzi wam po stokroć dobro ofiarowane biednemu tułaczowi!

– S-P-I-E-R-D-A-L-A-J – przeliterował dobitnie – W przytułku też jest wigilia! – rzucił ironicznie Jerzy.

Odpowiedziała mu cisza, tajemniczy wędrowiec  zniknął tak nagle jak się pojawił. Zadowolony ze swojej reakcji gospodarz, wrócił do stołu wigilijnego aby dokończyć modlitwę. Karcącym wzrokiem zmierzył pierworodnego, który wbrew protestom matki, zaczął pałaszować świątecznego karpia.

–  Kto ci pozwolił jeść jełopie! – poczerwieniał ze złości. Chłopak pokornie odsunął talerz i wstał, bogobojnie złączając ręce.

– Ojcze nasz –zaczął żarliwie – któryś jest w.. – stukot kołatki dobiegał z korytarza. Skonsternowany pan domu spojrzał na zaskoczona małżonkę – Co tu się do cholery…  – natarczywe pukanie nie ustawało.

Jerzy zgarbił się zaciskając pięści. Mrucząc pod nosem wszystkie przekleństwa jakie tylko przyszły mu na myśl, podszedł do drzwi wejściowych. Nieznajomy chyba nie mógł być aż  tak bezczelny by wtargnąć na jego posesje bez pozwolenia?!?  Zresztą musiałby być totalnie pozbawiony rozumu, kto normalny chciałby zaryzykować spotkanie z Janem i Pawłem? Dwa dorodne dobermany, nazwane tak na cześć wielkiego polaka, miały wyjątkowy paskudny charakter, tylko samobójca mógł zaryzykować bliższe spotkanie z tymi bestiami. Ciężka kołatka załomotała ponownie. Jerzy podszedł niepewnie, spoglądając przez judasza. Włóczęga stał na werandzie jak gdyby nigdy nic, bawiąc się z psami. Gospodarz osłupiał ze zdziwienia, mimowolne skurcze mięśni wykrzywiły  jego twarz. Nie pewnym ruchem chwycił pozłacaną klamkę, i otwarł wieko drzwi.  Jan merdał wesoło ogonkiem,  podając łapę nieznajomemu. Paweł oblizywał wielką jak bochen rękę starca, łasząc się do  niego.  Jerzy przetarł oczy, dziwiąc się jeszcze raz nieznajomej, trochę bajkowej postaci  podróżnika. Długie, gęste włosy splatały się z brodą, opadając swobodnie na wielki brzuch. Nienaturalny srebrzysty kolor owłosienia pobłyskiwał w ciemności , czyniąc jego oblicze jeszcze bardziej nierealnym. Barani kożuch spinał jego masywne cielsko, skórzane buty były oplecione rzemieniami.

Traper, myśliwy, a może zbłąkany w czasie podróżnik?- głowił się Jerzy, patrząc bezsilnie jak nieznajomy obłaskawia jego psy. W końcu zdobył się na odwagę i przywitał gościa w typowy dla siebie stylu:

– Wypierdalaj stąd zawszony wieśniaku! To jest najście! Odejdź albo dzwonie na policje!!

Jan groźnie zawarczał, ukazując ostre jak brzytwa kły. Zrobił krok naprzód, ujadając na zdumionego właściciela domu. Zszokowany mężczyzna obserwował  jak jego własne psy jeżą sierść,  tocząc pianę z pyska na jego widok.

– Jan! Paweł! Marsz do budy – zamachnął się na niesforne zwierzęta.

Rozwścieczony doberman doskoczył do niego, szarpiąc za rękaw marynarki.

– AAA –krzyknął wycofując się do wnętrza domu.

– Zostaw go kochaniutki – powiedział przesadnie miłym głosem intruz.

Pies pokornie schylił głowę i schował się za tłusta postacią baśniowego olbrzyma.

– Zgodnie z tradycja mości gospodarzu macie wolne krzesło, i wolne nakrycie dla zbłąkanego wędrowcy ?–  zapytał łagodnym, starczym głosem, wydymając puchate policzki.

Jerzy wciąż nie ogarniał sytuacji, w której się znalazł. Dziwny przebieraniec  wprasza się do niego na wigilie a on nie ma siły zaprotestować. Starzec pogładził świecącą brodę i wszedł do środka nie pytając gospodarza o zgodę.

-SPIER.. – słowa te ugrzęzły w gardle Jerzego. Jakaś nie widzialna siła zdusiła je w krtani nie pozwalając wydostać się tym dźwiękom na zewnątrz. Walczył ze sobą napinając mięśnie twarzy z całych sił, próbował krzyczeć, ale nie mógł otworzyć ust.  Miał ochotę walnąć obcego dziwoląga prosto w pulchną twarz. Jednakże jakaś wymykająca  się zmysłom moc, przejęła nad nim całkowitą kontrolę. Wbrew swojej woli wpuścił wędrowca, prowadząc go do salonu. Stanął sparaliżowany  naprzeciw zdziwionych domowników. Obserwowali przybysza z nutką zaciekawienia i niepokoju. Włóczykij zdjął futrzaną czapę i ukłonił się nieporadnie.  Nie udzielając żadnych wyjaśnień, spoczął na krześle, przy pustym nakryciu. Żona spojrzała pytająco na pogrążonego w apatii męża.

– Jerzy może przedstawisz nam gościa, gdzie twoje maniery! – zagadnęła mrugając porozumiewawczo oczyma.

Przybysz  nalał sobie zupy grzybowej  i zaczął spożywać świąteczną potrawę. Siorbał głośno, mrucząc z zadowolenia. Wszyscy wpatrywali się w mlaszczącego przebierańca, czekając aż się odezwie.

– Pyszności – pochwalił gospodynię głaszcząc się po wielkim brzuchu. Pstryknął palcem, budząc Jerzego z letargu. Pan domu oprzytomniał, rozglądając się nerwowo po pokoju.

–  Jurek coś dziwnie się zachowujesz, czy mógłbyś nam przedstawić naszego gościa? – zapytała zniecierpliwiona Marysia?

– Gość dom, Bóg w dom – odpowiedział za gospodarza starzec, nakładając sobie karpia.

Jerzy czuł się okropnie, jakby ktoś dokonał przed chwilą  na nim gwałtu. Nie miał ochoty zadzierać  z zagadkowym obieżyświatem, czuł pod skórą iż szykuje on dla niego coś: „specjalnego”.

– Maniery moja panno – nieznajomy upomniał wgapioną w ekran iPhona pannicę. Pstryknął palcem, szybka pękła. Dziewczyna krzyknęła niczym rażona prądem, odrzucając zepsute urządzenie –  Tak lepiej!!  – rzekł zadowolony z siebie wędrowiec.

– Jak śmiesz ty kloszardzie następować na moją córkę! – odważył się na konfrontacje milczący dotąd pan domu – masz wypierdalać z mojego domu i to już!!!

– ZAMILCZ! – miły ton głosu przybysza zmienił się nie do poznania. Głęboki gardłowy głos rozniósł się potężnym basem po domu, unieruchamiając z przerażenia biesiadników.

-Nie przejmuj się Marysiu –odezwał się łagodniej do płaczącej gospodyni –Jesteś dobrą kobieta, tobie, twojej mamie i dzieciom nic nie grozi – oznajmił wędrowiec.

Oczy zebranych powędrowały ku głowie rodziny, czy jemu coś grozi? On znów siedział ubezwłasnowolniony, nie zdolny do wykonania jakiegokolwiek ruchu.  Nastała grobowa cisza. Coś złego wisiało w powietrzu.  Jedynie nieświadoma niczego seniorka, wesoło potakiwała w rytm świątecznych kolęd.

–  Twój mąż to kawał drania, wiesz?–  zagadnął obieżyświat, nakładając sobie kluski z makiem – zdradza ciebie regularnie ze swoja asystentką. Obiecał jej złote góry, między innymi zmianę w testamencie. Ale nie martw się kochankę tez oszukuję, raz w tygodni chodzi do domu uciech.

Jerzy miotał się na krześle niczym epileptyk. Znów stracił zdolność mówienia. Wywracał oczyma na wszystkie strony jak by ktoś go torturował.

– Radosław, wspólnik męża i twój kuzyn, czy wiesz dla czego odebrał sobie życie? – kontynuował samosąd nieznajomy – To Jerzy zniszczył mu życie swoimi podłymi intrygami, doprowadzając na skraj szaleństwa. Sfingował długi przedsiębiorstwa i jego fikcyjną upadłość, doprowadzając twojego kuzyna do ostateczności. To nie jedyna osoba w tym mieście, którą zniszczyła ta kanalia! Twój mąż to rak który toczy ciebie, twą rodzinę i cały region!!

– Skąd, skąd … ty o tym wiesz. Kim jesteś?? – spytała  bojaźliwie, nie chcąc poznać odpowiedzi na te pytanie.

Jerzy poczuł uporczywie kołatanie w sercu. Obcy nie mijał się z prawdą. Czy to jakiś mściciel czy może zbir, który dostał zlecenie za jego głowę. Co najgorsze, Marysia zdawał a się wierzyć jego słowom. Spoglądała na niego z wyrzutem, z głębokim smutkiem w oczach. Jej wzrok , zdradzał nieszczęśliwą kobietę, która przez wiele lat w pokorze znosiła swój ciężki los.

– Kim jesteś starcze, przecież nie kolędnikiem?? – ponowiła zapytanie wpatrując się w nieznajomego

Wędrowiec uśmiechnął się dwuznacznie, potakując wielką włochatą głową. Marysia domyśliła się z kim ma do czynienia. Przyjmując wojowniczą postawę, zwróciła się  męża:

– Wiem o tym że od dawna mnie zdradzasz.  Milczałam dla dobra dzieci. To już koniec, więcej w konia mnie zrobisz! A to co zrobiłeś Radkowi… – pokręciła głową spluwając w jego stronę  – to symboliczny gwóźdź do twojej trumny! TY POTWORZE!!!

– Coś straciłeś humor Jerzy – rzekł  z sarkazmem nieznajomy. Kamienna twarz gospodarza zastygłą w  beznadziejnym wyrazie bezsilności  – Przydałoby ci się trochę pogody ducha. Dzieci idziecie do siebie  – rozkazał nastolatkom, którzy z ulgą wstali od stołu i pokornie skierowali się do swoich pokoi.

– Zaczynamy zabawę – rzekł wesoło potężny brodacz – Jerzy uśmiechnij się! – pstryknął palcem.

Trzęsąca się dłoń mężczyzny, mimowolnie sięgnęła po nóż.  Bezwolna ręka uniosła ostrze, kierując je ku kącikowi ust. Zniewolony prezes  nie był w stanie się bronić, był skazany na kaprys magicznej siły, która zawładnęła jego ciałem. Poczuł chłodną stal wrzynająca się w jego policzek. Ostrze przesuwało się w górę, tnąc warstwę skórna. Krwawy uśmiech  poszerzał się na jego twarzy, zmieniając oblicze strapionego gospodarza.  Makabryczny, broczący posoka półksiężyc  zagościł na jego profilu, ciągnąc się krwawiącą blizną od ucha do ucha. Rozcięta skóra na policzku odsłaniała mięśnie szczęki i nadżarte próchnicą ząbki, umiejscowione w żuchwie. Marysia wpatrywała się w tę scenę z pewnym sadystycznym rozbawieniem. Nie żałowała tyrana z okaleczoną twarzą. Choćby niewiadomo ile miał kasy, żadna kobieta nie spojrzy więcej na takiego potwora. Przybysz pstryknął palcem.

– AAA – krzyknął upiornie Jerzy, zasłaniając dłońmi krwawiące lica. Jęczał przeraźliwie, próbując zatamować obfity krwotok, wydobywający się z szerokiej szramy na jego twarzy. Załzawione oczy błagały o ratunek, o litość, ale na nikim nie robiły wrażenia jego żałosne próby ratowania własnej skóry.

– Dziękuje wam serdecznie za gościnę – podziękował wędrowiec, wstając od stołu – Czas kończyć zabawę – Jego miły ciepły głos zniknął, nieznajomy zabrzmiał chłodno i szorstko. Nagle purpurowe rumieńce na puchatej twarzy tułacza wyblakły, a na licu zagościła czarna sadza. Tryskające zdrowiem oblicze starca, zmieniło się nie do poznania. Pomarszczona twarz wykrzywiła się w złośliwym grymasie, dwa czarne węgielki zamiast błękitnych źrenic, kipiały wrogością.  Przebieraniec stracił na wadze, grube przebranie zwisało na jego wątłym, żylastym ciele.  Chuda powykręcana prawica sięgnęła po błyszczący toporek, wyciągając go z wnętrza kożucha.

Pan domu krzyknął z przerażenia, odsłaniając okaleczoną, pociętą twarz. Siekiera zatańczyła młynka w powietrzu i popędziła wprost na spotkanie z karkiem Jerzego. Lśniące ostrze odrąbało mu  czerep, który upadł  na dębowy parkiet, wydając tępy, głuchy odgłos. Fontanna krwi wystrzeliła w górę, brudząc stół świąteczny. Wigilijne potrawy zalał deszcz posoki. Bezgłowe cielsko runęło z krzesła, zalegając na podłodze.

– Jan! Paweł! – krzyknął nieznajomy- pieski zjawiły się w mgnieniu oka, wesoło merdając ogonkami. Ochoczo zabrały się za tłuste cielsko swojego pana. Jan obgryzał oderżnięty czerep a Paweł zlizywał krew lejącą się z odciętej szyi.

– Nie martw się – powiedział do Marii przyjmując dawna przyjazną postać – Skończ spokojnie kolacje i udaj się na spoczynek.  Rano gdy wstaniecie nie zostanie po  nim żaden ślad – wskazał palcem na rozszarpywane ciało małżonka –Wesołych świąt! – rzekł wesoło.

– Aha, jeszcze jedno.. – zatrzymał się w półmroku – Zapomniałem się tobie przedstawić – uśmiechnął się, nadymając czerwoną jak świąteczna bombka, pyzatą twarz. Biała broda zalśniła iskrząc się srebrzystymi refleksami – Jestem starym zapomnianym, bogiem, o którym nikt z was już nie pamięta. Jestem opiekunem zmarłych i sędzią żywych. Przemierzam ten świat, co roku odwiedzając jedną, jedyną rodzinę. Biada temu kto złamie tabu gościnności i nie przyjmę samotnego pielgrzyma na wieczerzę. Jeśli to jeszcze będzie jegomość typu twojego męża, to marny jego los… Zwali mnie ongiś : Weles , Nyja lub Spas Zimowy. Do niedawna byłem Gwiazdorem. Dziś już nikt nie pamięta moich imion. Bądź zdrowa kobieto! – uśmiechnął się dumnie prężąc potężną pierś.

– Nie wiem jak ci dziękować – wyszeptała przez zaciśnięte zęby, zalewając się łzami – Wreszcie jestem wolna! Po 25 latach piekła, znów panuję na nad własnym życiem!

– Nie obawiaj się Marysiu, wszelki pamięć po twoim mężu zaniknie, jak gdyby nigdy nie istniał, w ogóle nie narodził. Pytasz jak to możliwe? Przecież są święta, czas cudów. – zaśmiał się gromko tajemniczy bóg.

Kobieta poczuła w środku prawdziwą ulgę. Nieznajomy znikł pozostawiając ją ze zjadanym przez psy truchłem męża. No i naturalnie z mamusią, która kołysając się rytmicznie na wózku, zdawała się w tym roku wyjątkowo szczęśliwa.

– Tak, to były wyjątkowa, pamiętam wigilia – kobieta uśmiechnęła się w duchu  konsumując świąteczne pierogi.

Share

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *