SHANG-CHI – recenzja - KOSTNICA - POZORNIE MARTWA STREFA || Kostnica.Com.PL

SHANG-CHI – recenzja

MCU WSCHODNICH SZTUK WALKI

Drugi film czwartej fazy Kinowego Uniwersum Marvela (MCU) to produkcja, która miała wszelkie prawo się nie udać. Moda na sztuki walki przeminęła parę dekad temu i mimo kilku niezłych nowych produkcji w tym temacie, nie przeżywa swego renesansu, origin kolejnej postaci, zamiast kontynuacji wydarzeń z poprzedniej fazy, też mógł niejednego zawieść, a do tego dochodzi jeszcze brak większych nawiązań do wcześniejszych filmów. A jednak „Shang-Chi i legenda Dziesięciu Pierścieni” to kawał udanego, widowiskowego kina, które ewentualne wady przekuwa właściwie w zalety. A starszym widzom oferuje całkiem sporo sentymentów.

Shang-Chi (Simu Liu) in Marvel Studios’ SHANG-CHI AND THE LEGEND OF THE TEN RINGS. Photo courtesy of Marvel Studios. ©Marvel Studios 2021.

Poznajcie Shang-Chi, młodego mężczyznę, który zostaje wmieszany w aferę związaną z legendarnymi Dziesięcioma Pierścieniami. Gdy przeszłość daje o sobie znać, Shang-Chi musi stawić czoła zagrożeniom, na jakie może nie być gotowy. Jak sobie poradzi?

Wenwu (Tony Leung) and Shang-Chi (Simu Liu) in Marvel Studios’ SHANG-CHI AND THE LEGEND OF THE TEN RINGS. Photo courtesy of Marvel Studios. ©Marvel Studios 2021.

Na początku lat 70. XX wieku pojawiła się moda na sztuki walki. Ta zaś, na amerykański grunt zaszczepiona została m.in. w serialu „Kung Fu” z Davidem Carradine’em. A serial ten stał się inspiracją dla wielu twórców, od reżysera Quentina Tarantino, który hołd złożył mu „Kill Billem”, po autorów komiksów. Do tej drugiej grupy należeli Steve Englehart i Jim Starlin, którzy zaproponowali wydawnictwu DC komiksową adaptację „Kung Fu” właśnie. Wydawca odrzucił ich pomysł, uważając, że moda szybko przeminie. Obaj artyści nie poddali się jednak i zastukali do drzwi konkurencyjnego Marvela, by zaoferować oryginalną serię opartą na sztukach walki. A Marvel się zgodził, pod warunkiem wykorzystania w niej postaci dr. Fu Manchu, do której prawa wydawca nabył. I tak narodził się Shang-Chi, mistrz kung-fu, który po dziś dzień powraca w kolejnych komiksach, a niedawno zagościł na kinowym ekranie.

Shang-Chi (Simu Liu) in Marvel Studios’ SHANG-CHI AND THE LEGEND OF THE TEN RINGS. Photo by Jasin Boland. ©Marvel Studios 2021. All Rights Reserved.

Film z jego udziałem zaś to naprawdę dobra produkcja. Produkcja może i odarta z głębi, skupiona głównie na akcji i widowiskowych walkach, połączonych z fantastyką, a jednak nic więcej nie było tu trzeba. Kino o sztukach walki zawsze były wyrugowane intelektualnie, stawiało jednak na ukazanie nam niezwykłej ekwilibrystyki, orientalnej kultury i możliwości ludzkiego ciała, z jakich nie zdawaliśmy sobie sprawy. Naznaczona mistycyzmem i tajemnicą, zdołała kupić serca ludzi i chyba nigdy z nich nie zniknęła, skoro wciąż powstają takie produkcje – sporadycznie, ale jednak – a azjatycki komiks największą sławę na świecie zdobywa dzięki bitewniakom właśnie. I takim bitewniakiem jest „Shang-Chi”, któremu bliżej jest do „Dragon Balla” niż typowego kina kung-fu, pomieszanego dodatkowo z superhero, ale udanym.

Xialing (Meng’er Zhang) in Marvel Studios’ SHANG-CHI AND THE LEGEND OF THE TEN RINGS. Photo by Jasin Boland. ©Marvel Studios 2021. All Rights Reserved.

Akcja jest dobra, efekty na poziomie, a tempo odpowiednie. Chociaż do wcielającego się w tytułowego bohatera Simu Liu przekonany nie byłem, sprawdził się całkiem nieźle. Film ogląda się naprawdę dobrze, nie ma tu miejsca na nudę, zdarzają się za to sceny emocjonalne czy nastrojowe, a całość spodobać się może nie tylko fanom, którzy znajdą tu odniesienia do poprzednich produkcji MCU, ale i nowym odbiorcom. Do tego na ekranie rządzą też sentymenty. Sentymenty nie tylko związane z kinem kung-fu, ale i wczesnymi produkcjami Kinowego Uniwersum Marvela. Wnikać w nie nie będę, ale jeśli należycie do którejś z tych grup, będziecie zadowoleni.

(L-R): Katy (Awkwafina) and Xialing (Meng’er Zhang) in Marvel Studios’ SHANG-CHI AND THE LEGEND OF THE TEN RINGS. Photo by Jasin Boland. ©Marvel Studios 2021. All Rights Reserved.


Słowem podsumowania: warto. Shang-Chi może i nie wydawał się najlepszym kandydatem na solowy film, kiedy tylu bardziej znanych i lubianych bohaterów nadal nie otrzymało swoich produkcji ani nawet gościnnie nie zawitało na ekranie, ale pokazał, że warto było poświęcić mu pieniądze i czas. I warto go obejrzeć, czy to po raz pierwszy, czy odświeżając sobie wrażenia.

Michał Lipka

Dystrybutor Blu-ray™ i DVD – GALAPAGOS

Share

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.