ZBRODNIA IKARA Sezon I Odcinek 1: Wzwód | | KOSTNICA - POZORNIE MARTWA STREFA || Kostnica.Com.PL

ZBRODNIA IKARA Sezon I Odcinek 1: Wzwód

ZBRODNIA IKARA Michał Lipka

Sezon I

 

Odcinek 1: Wzwód

 

Na osiedlach takich, jak to, niewielkich osiedlach ulokowanych z dala od centrum miasta, prawie zawsze panował idealny spokój. Młodzi stąd wyjechali, starzy nie mieli już sił, żeby szaleć. Jeden czy dwóch alkoholików, którzy tylko dzięki opiece społecznej jakimś cudem utrzymywali się w swoich lokalach, woleli spokojnie pić w domu, zamiast się awanturować. I tylko ten czy inny nastolatek, który utkwił tu z rodziną, wciąż starał się dać wyraz swojego buntu. Najczęściej nieudolnie.

Na osiedlach takich, jak to, w dni takie, jak ten, emerytki tkwiły w domach, a pracująca klasa średnia nie wróciła jeszcze do mieszkań. Kobiety o posiwiałych włosach i utytych ciałach, o twarzach poznaczonych zmarszczkami i katarktycznych oczach, opuściły już swoje bezsensowne ogródki znajdujące się w cieniu bloków, tuż przy pomalowanych na seledynowo wejściach do klatek schodowych, i odmawiały koronkę, a słoneczna pogoda panoszyła się na zewnątrz. Promienie przypiekały skórę, wyciskały pot, raziły w oczy i sprawiały, że ludzie nosili na sobie jak najmniej ubrań. Niepodlewane rośliny nie żółkły jednak, a wśród soczystych liści, wśród mozaiki cienia i światła, jakie oferowały, cicho bzyczały wszelkie owady. Gdzieś z otwartego okna dobiegały odgłosy babskiego serialu emitowanego w godzinach, w których tylko niezatrudnione nigdzie kury domowe mogły go oglądać. Z innego słychać było cichą muzykę.

I tylko czarny samochód tutaj nie pasował.

Kurwa, pomyślał Mariusz, wychodząc z drzwi klatki schodowej, zostawiając za sobą chłodne wnętrze i witając na powrót zaduch czerwcowego popołudnia.

Za nim szedł Nikodem, blady, z podkrążonymi oczami, wyglądał jakby miał paść, obok policjant, za ich plecami jeszcze drugi. Jak osobliwa obstawa, ubrane na czarno manekiny, psy pilnujące dwóch nastolatków. Kiedy wytoczyli się na zewnątrz, dołączyła do nich trójka grabarzy, wynosząc wciśnięte do czarnego worka zwłoki. Mariusz patrzył jak unoszą otwierane do góry drzwi z tyłu karawanu i wkładają ciało do środka. Folia szeleściła, roztaczając smród trupa. Odór fekaliów i moczu, i czegoś jeszcze.

A Mariusz tylko patrzył i zastanawiał się, jak do diabła, jak do jasnej cholery, jak do kurwy nędzy wpakowali się w ten syf.

 

TRZY DNI WCZEŚNIEJ

– Zabijmy kogoś – powiedział Mariusz. Rzucił to od tak, mimochodem. Prawie lekko, prawie nonszalancko, ale cicho. Lekcje właśnie trwały, szkoła wyglądała na wymarłą, choć gdyby zbliżyć ucho do mijanych drzwi klas, bez trudu można by usłyszeć monotonny głos nauczyciela, wieczny szum dzieciaków tkwiących w ławkach i odpowiedzi uczniów. Taki klimat nie nastrajał do głośnych rozmów, nawet jeśli siedziało się na parapecie szkolnego kibla śmierdzącego papierosami i tanim środkiem do toalet.

Nikodem roześmiał się.

Grali na smartfonie w jedną z tych krwawych gierek nie wymagających myślenia. Hack and slash, ewentualnie wyceluj i strzel. Rozwal głupi łeb przeciwnika, wsadź mu nóż w żebra, oddaj strzał w krocze, poczekaj, niech się trochę porzuca w agonii, zanim łaskawie go dobijesz, ale najpierw może zmarnuj jeszcze jedną kulę na jakiś mało znaczący element ciała, niech zabawa potrwa dłużej. To było o niebo lepsze, niż debilny WF z nauczycielem, który znów rzuci im piłkę i każe biegać za nią bez celu, byle móc wstawić wszystkim jakieś oceny z przedziału 4-5. Gdyby nie czekające jeszcze na nich lekcje, już dawno byliby w domu.

– Co w tym niby śmiesznego? Kurwa, Nik.

Nikodem przestał się śmiać i spojrzał na niego. Smartfon w jego dłoni wibrował i piszczał dźwiękami gry. Mimo uchylonego okna – całkiem otworzyć się go nie dało, jakby istniało ryzyko, że ktoś mógłby wyskoczyć z parteru na trawę ze skutkiem śmiertelnym – niewielkie pomieszczenie wyłożone kafelkami cuchnęło uryną i podróbką Domestosa. W dziwny sposób taka aura pasowała do sytuacji.

I wtedy rozdzwonił się szkolny dzwonek, oznajmiając koniec lekcji i korytarze szkolne wypełniły się szumem wychodzących z klas uczniów. Rozmowy zlały się w jedno, przebijały się przez drzwi łazienki, poszczególne słowa nie dawały się rozróżnić, ale repertuar był jeden. Zadanie domowe, zbliżająca się klasówka, marny obiad na stołówce, dziewczyny, chłopaki, makijaże, podpaski, kosmetyki, gry, filmy, piłka nożna, seks, beznadziejni nauczyciele, starzy do dupy… Nic tak ciekawego, jak zabicie kogoś.

Drzwi otworzyły się.

– Jak mi się lać chce! – jakiś uczeń wpadł do środka, zarzucając wytartym plecakiem.

Mariusz pokręcił głową. Nikodem ruszył do wyjścia, a ledwie obaj wydostali się na korytarz, kolejna osoba, tym razem wyłuskując paczkę papierosów, wcisnęła się do toalety. Schodami po swojej prawej stronie wspięli się na pierwsze piętro i usiedli na podłodze pod salą, gdzie czekała już znaczna część ich klasy. Wciąż takie same sylwetki wciąż tych samych ludzi, jak Mariusz ich nienawidził. Tacy nijacy, kiedy na nich patrzył, nie sądził nawet by zasługiwali na zabicie. Co może być przyjemnego w pozbawieniu życia kogoś tak bezwartościowego? Zastanawiał się nad tym nieraz i nie potrafił zrozumieć, jak amerykańscy idioci mogli chwytać za broń, iść do szkoły i strzelać do wszystkich po kolei. Do tych tak zwanych kolegów i nauczycieli. Okej, miał ochotę wsadzić nóż w żebra matematyczki, kiedy ta jak zwykle nie potrafiła nic wytłumaczyć, ale już na klasówce wymagała znajomości wszystkiego, chciał roztrzaskać łeb niejednego frajera przekonanego o swojej wartości, choć był takim samym workiem flaków, jak inni, ale na chęciach tylko się kończyło.

Teraz, kiedy patrzył na nich, nie czuł właściwie nic. Był lepszy od nich i nawet nie musiał tego udowadniać, a to tylko jeszcze bardziej potwierdzało jego wielkość. Jedynie Nikodem spośród nich wszystkich miał jakiś potencjał.

I jeszcze dziewczyny.

– Zobacz ten cameltoe – powiedział.

Zawsze o nich myśleli, zawsze rozmawiali i komentowali, ale kiedy zbliżały się lekcje biologii, temat stawał się prawdziwym numerem jeden. Nauczycielka przedmiotu, stara, głupia larwa w okularach, jak denka od kieliszków, i twarzy niczym ziemniak, który przeleżał zbyt długo na słońcu, o obwisłym, odpychającym ciele i niewiele lepiej wyglądającym stroju, znalazła bowiem idealną w jej mniemaniu metodę posadzenia uczniów w ławkach. Nie uznawała ich wyborów, bo wiedziała, że kiedy siedzi ze sobą dwoje najlepszych przyjaciół, nie ma szans na to, by uważali, jak należy. Zresztą z jej zdania wynikało także, że jeśli przy jednym blacie siedziało dwoje przedstawicieli tej samej płci, efekty okazywały się podobne. Najwyraźniej jednak była za stara, by pamiętać, że połączenie w pary chłopaków i dziewczyn jest pomysłem równie nietrafionym z jej perspektywy, co poprzednie. A może nie miała pojęcia co siedzi w głowach chłopaków? Może skleroza odebrała jej wiedzę, że wyrośli już z etapu, kiedy dziewczyna była najgorszym wrogiem, a stawała się jedynie parą cycków i pośladków z mokrą cipką, o ładnej buzi, poruszających się na zgrabnych nogach.

Nastolatka, która przechodziła korytarzem wraz z koleżanką wbiła się w zdecydowanie za ciasne legginsy. Szczegóły anatomiczne opięły się cienkim materiałem, przez który widać było nawet detale wykończenia jej majtek.

– Szkoda, że nie mamy okularów przeciwsłonecznych – westchnął Nikodem. Wzrok wodzący za kołyszącymi się pośladkami było niemal równie łatwo zauważyć, co obrócenie głowy. Przekonali się o tym raz czy drugi w swoim krótkim życiu. Okulary przeciwsłoneczne stanowiły idealne rozwiązanie – właściwie faceci nosili je tylko po to; szpanowanie wyglądem znajdowało się na zdecydowanie dalszym planie. – A właśnie, mam tu coś fajnego. Miałem ci pokazać w kiblu, ale… Czekaj.

Wydobył smartfon, przez chwilę szukał czegoś w folderze video, w końcu kliknął na jeden z plików i podał Mariuszowi. Ten odtworzył filmik, a na ekranie pojawiło się wilgotne krocze. Śluz spomiędzy warg sromowych białawą strużką ciągnął się aż do półotwartych ust blondynki o zamkniętych oczach. Zlizywała go, wciągała do twarzy i zabierała się do seksu oralnego. I tak od początku, jak to leży w naturze plików gif. Porno zapętlone tak, że początek i koniec zlewały się w jedno. Ale takie było porno – wciąż to samo, wciąż ten sam przebieg i identyczne zakończenia. Gdyby nie zmiany aktorów, nikt nie wiedziałby, gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie.

– Zobacz jaka szparka – szepnął Nikodem. – Mała, ciasna… Lizałbym aż by się posikała.

– Wolałbym ją nabić i wyruchać, aż zapomniałaby jak się nazywa. Leżałaby tylko, śliniła się i chciała ciągle jeszcze i jeszcze. Nie masz czegoś ze spustem na twarz?

– Coś by się znalazło. – Nikodem wziął smartfon, otworzył kolejny folder i podał koledze.

– Wszystkie z wczoraj? – Mariusz spojrzał na daty. – Chyba nie miałeś co robić.

Kiedy zadzwonił dzwonek na lekcję, Mariusz wstał z podłogi z takim wzwodem, że musiał włożyć ręce do kieszeni spodni, żeby stara larwa albo ktoś z klasy nie dostrzegł niczego. Ze wzwodem przesiedział także całą lekcję. Agata, z którą dzielił ławkę, miała duży biust, nieco zezowate, ale ładne oczy i ciepłe udo, które czasem trącało jego nogę. Jej łokieć stykał się z jego łokciem, a dłoń lewej ręki, której używała do pisania, dłoń zakończona długimi, szczupłymi palcami, wyglądała jak stworzona do masturbacji. Wyobraził sobie białe plamy spermy ją pokrywające i po prostu nie miał innego wyjścia, jak zająć czymś myśli, bo czuł, że Agata zaraz zauważy jego wzwód. Albo pękną mu spodnie.

Wziął długopis i zaczął bazgrać z tyłu zeszytu. Nie miał talentu do rysowania, ale nie przeszkadzało mu to w kreśleniu bezsensownych linii. Zdarzało mu się zamalować całą stronę długopisem tak, że nie zostawał nawet najdrobniejszy fragment białej przestrzeni, a kartka krzywiła się i falowała, jakby zamokła. Ale tym razem nic to nie dawało. Jakiś robak wylądował na blacie ławki, więc ze znudzenia przebił go, niczym mały, czarny owoc. Żółta krew wypłynęła gęstą kroplą, odnóża owada podrygiwały – wyjął długopis z ciała i poodcinał je końcówką, niemal słysząc ich chrzęst. W końcu zrzucił zwierzę na podłogę, niech zdycha w męczarniach.

To wszystko nakręcił go jednak jeszcze bardziej. Myślał o bólu owada, czuł zapach dziewczyny siedzącej obok, wzwód gniótł go i uwierał, a w głowie pojawił się obraz Agaty. Ale związanej. Gołej, okręconej sznurkiem, jak świąteczna szynka, sploty wrzynały się w jej ciało, które było blade i czerwone jednocześnie. Dziewczyna krzyczała z bólu, a on brał ją od tyłu, ściskając, zadając więcej bólu, ciągnąc za włosy i uderzając głową o ścianę, aż otumaniona nie wiedziała co się z nią dzieje – widok świadomości powracającej do jej oczu, ten strach i lęk, to było to, to było… było…

– Tak?

– Mogę do łazienki? – Miał nadzieję, że głos mu nie drżał.

– To nie może zaczekać? Nie ma jeszcze połowy lekcji.

– Akurat nie może…

Stara larwa pokręciła głową.

– Idź. Tylko szybko!

Wypadł z ławki, mając nadzieję, że nikt nie zobaczy, jak mu stoi. Nie pomyślał, by zabrać plecak i zasłonić się nim, udając, że nie może go zapiąć, po prostu skulił się, zgarbił i starał się zapaść w sobie, a kiedy w końcu znalazł się na korytarzu, niemal zaczął biec. Pod drzwiami WC nie zastanawiał się długo. Zobaczył tylko znak toalety dla dziewczyn, zatrzymał się na chwilę by usłyszeć czy nikogo nie ma wewnątrz – dziewczyny zawsze zachowywały się głośno – i wszedł do środka. Na wypadek gdyby się pomylił, miał gotowy tekst, że szuka papieru, bo w męskiej zabrakło, ale pomieszczenie było puste. Wszedł do pierwszej kabiny, zamknął drzwi i rozpiął spodnie.

Nie masturbował się długo. Kilka ruchów i pierwsza strużka spermy strzeliła, częściowo trafiając w spłuczkę, a częściowo na pojemnik na podpaski. Kolejne wycelował już jednak na deskę. Myśl, że jakaś dziewczyna na tym usiądzie była idealnym zwieńczeniem całego aktu. Usiądzie, plemniki dostaną się do jej środka, może będzie miała dni płodne, zajdzie w ciążę, wpadnie w panikę, zrobi skrobankę…

Doszedł po raz drugi. Żeby nie zwrócić niczyjej uwagi, wytarł strużkę z pojemnika, wyraźnie odbijała się bowiem na jego stalowoszarej powierzchni, papier wrzucił do sedesu nie chcąc spoglądać na pobrudzone krwią podpaski – zajrzał kiedyś do podobnego śmietnika i wystarczy mu tego do końca życia – i wyszedł z łazienki, zanim zdążyła się tam zjawić jakaś dziewczyna.

Ciąża, aborcja…

Jak on żałował, że nie zobaczy, która z dziewczyn usiądzie na jego spermie i czym to wszystko się skończy.

 

– No dobra, to wchodzisz w to czy nie? – zapytał, kiedy skończyły się lekcje i razem z Nikodemem, z dala od innych uczniów, szli, a budynek szkoły malał coraz bardziej za ich plecami.

Wzdłuż chodnika rosły drzewa i krzewy oddzielające ich od ulicy, z drugiej strony ciągnęła się pomalowana na żółto siatka ogradzająca teren ich gimnazjum. Zawsze czuli się tutaj jakoś nierealnie, więc Mariusz nie miał oporów przed wróceniem do tematu.

– Posrało cię, co?

– Chyba ciebie. Kurwa, boisz się?!

– Wiesz co, muszę spadać. Trzymaj się.

Nawet nie uścisnął mu dłoni. Wiecznie blady, wiecznie z podkrążonym oczami, jak duch zniknął między roślinnością, przecinając ulicę i skracając w dróżkę odchodzącą w lewo. Mariusz przez chwilę stał w miejscu, w końcu jednak wcisnął ręce do kieszeni i ruszył przed siebie.

 

Kiedy w poniedziałek zjawił się w szkole, czuł się jakby weekend nie tyle mu minął, co ominął go zupełnie. Był zmęczony jak nigdy, niewyspany, odarty z sił. Większość soboty i niedzieli spędził na graniu. Zażynał kolejnych przeciwników, rozbijał im głowy, przestrzeliwał ciała, ciął ich i masakrował. Wieczorami oglądał wszelkie filmy gore, jakie tylko znalazł. Ale to była nuda. Zresztą ani to, ani to nigdy tak naprawdę go nie kręciło. Nie chciał zabijać dlatego, że napatrzył się na krwawych kinowe produkcje i spędził setki godzin nad drastycznymi grami i było mu mało; takie rzeczy kreowały tylko media. Oglądał i grał dlatego, że chciał zabijać, ale idiotyczne produkcje nie były nawet namiastką tego, na co liczył.

Wyobraził sobie samego siebie tkwiącego na sądowej sali. Na samą myśl o tym robiło mu się słabo, ale uśmiechnął się pod nosem, bo pomyślał, jak sędzia obwinia o wszystko gry. Horrory. Komiksy. Pewnie jeszcze porno, które ściągał z Internetu. Złe towarzystwo. A on wybucha śmiechem i nie może przestać.

Szkolny korytarz był pusty. Lubił przychodzić wcześniej, i tak rano nie miał nic do roboty, bo podobało mu się zimne, ponure wnętrze budynku, który tylko z zewnątrz raził w oczy pomarańczową farbą. Nikodem był pod tym względem podobny do niego, tak właśnie zresztą się zaprzyjaźnili, zanim okazało się, że mają o wiele więcej wspólnego.

Kumpel pojawił się niedługo potem. Plecak zarzucony miał na jedno ramię, drugi pasek zwisał mu do połowy uda, odbijając się o nie miarowo, w rytm kolejnych kroków.

– Siema.

Nikodem usiadł ciężko obok Mariusza i z tej pozycji podał mu rękę. Na korytarzu byli sami.

– Co tam?

Nikodem wzruszył ramionami. Chwilę siedzieli w milczeniu, ale coś go gryzło. Rozglądał się, pstrykał stawami palców, spojrzał na wyświetlacz smartfonu, żeby przekonać się ile zostało do lekcji…

– Ty z tym w piątek tak serio? – zapytał w końcu.

– A co?

– Pytam.

– Po cholerę?

– Żeby wiedzieć.

– I tak cię to nie obchodzi. Nie mów, że zmieniłeś zdanie?

Nikodem wzruszył ramionami. Uśmiechnął się.

Mariusz spojrzał na niego, zmrużył oczy. Chciał coś powiedzieć, ale zamknął bezwiednie otwarte usta i pokręcił głową.

– Kurwa – roześmiał się.

A potem zaczęli się schodzić inni uczniowie i rozpoczął się nudny, zwyczajny dzień szkoły.

 

Lekcje dobiegły końca o czternastej piętnaście. Słońce przygrzewało, przypiekało wręcz, określenie, że „lało się z nieba” wyszło już z użytku, kiedy ostatni raz ktoś go w ogóle użył?, ale dobrze oddawało obecny stan. A może to Mariuszowi było tylko tak gorąco?

– Pogadamy u mnie – powiedział Nikodemowi.

W poniedziałki większość klas kończyła zajęcia o tej samej godzinie, a fala uczniów zmierzała ścieżką między ogrodzeniem i drzewami. Przeczekaliby ich, tak jak w piątek, jednak zbliżała się pora, kiedy starzy kończyli pracę i wracali do domu, a skoro musieli pogadać, omówić, zrobić coś…

Zanim dotarli na to osiedle, gdzie zostało już niewielu młodych, Nikodem ociekał potem, a butelka napoju, z której co chwila pociągał, była w połowie pusta. Z otwartych okien niosły się dźwięki oglądanych seriali, słuchanych przez czekające na modlitwę emerytki audycji i popołudniowej krzątaniny kur domowych. Wszyscy czuli się bezpiecznie, w ich marnych życiach panował pozorny spokój.

– Kurwa, jak jebie… – Mariusz splunął, kiedy znaleźli się na klatce schodowej i wspięli na pierwsze piętro. Mijali właśnie drzwi mieszkania oznaczonego cyfrą 5, gdy uderzył ich ten odór.

– Coś jak gówno… – Nikodem wyglądał jakby miał zaraz zwymiotować. Przyłożył dłoń do ust, potarł nos, w końcu wziął przykład z przyjaciela i też splunął, ale najwyraźniej w niczym to nie pomogło.

– Co ta wariatka znowu odpieprzyła.

O lokatorce spod piątki słyszał każdy w okolicy. Nie była stara, choć z perspektywy dwóch czternastolatków niemal czterdzieści wiosen, jakie miała za sobą, wydawało się czymś koszmarnie odległym. Miała natomiast dość problemów psychicznych, by obdzielić nimi kilka osób.

– Nasrała pod drzwiami, czy jak? Chyba jej pierdolnę!

Pchnął mocno drzwi, aż uderzyły o coś, co odepchnęło je w jego stronę. Smród rozszedł się jeszcze gorszy, ale Mariusz wcisnął się do środka i…

Reszta była już tylko serią rwanych obrazów, połączonych ze sobą dziwną gorączką, zimnymi ze zdenerwowania dłońmi, walącym sercem i szumem w głowie, jakby zamiast trupa, Mariusz znalazł butelkę taniej wódki zza wschodniej granicy i wypił całą, zanim zdążył pomyśleć, co to może z nim zrobić.

Wariatka powiesiła się w przedpokoju, tuż przy drzwiach. Sznura zadzierzgniętego na szyi nie było dobrze widać zza kurtyny opadłych, zlepionych włosów, które skryły także i twarz. Ale czasem, kiedy trup obracał się, rozhuśtany na pętli uderzeniem drzwi, między pasemkami można było dostrzec błysk wybałuszonych oczu, siny ochłap języka wystający z ust i linę wrzynającą się w gardło tak, aż skóra marszczyła się, napinała i ciągnęła, na granicy pęknięcia.

Samobójczyni nie miała majtek, chociaż założyła na siebie bluzkę. Jelita nie wytrzymały, zwieracze puściły i po udach spłynęły fekalia i mocz. Zaschły już na skórze brązowym zaciekiem, ale upał zrobił swoje i odór był jeszcze intensywniejszy. Nawet powietrze zdawało się lepić.

To Nikodem zadzwonił pod 112. Mariusz nawet nie zwrócił na to uwagi. Patrzył, jak ciało huśta się i obraca, jak na przemian pięta i palce to prawej, to znów lewej stopy obijają się o ścianę z cichym stuk-stuk. Odgłos, jaki wydawały zwłoki różnił się od uderzania żywego ciała, a myśl ta nie chciała opuścić umysłu chłopaka. Widok niedepilowanego krocza nie podniecił go, ale widok martwej kobiety już tak, stał więc w tej ciasnej przestrzeni, ze wzwodem, którego nawet nie zauważył i patrzył. Na sin-bladą skórę, na obsiadające ją muchy, które kłębiły się we włosach łonowych, na otarte dłonie, które musiały szarpać sznur, kiedy zaciskał się na szyi pod ciężarem samobójczyni, na odrobinę krwi, jaka wypłynęła spod pętli. Czytał niedawno, że człowiek w chwili śmierci często ma orgazm. Ciekawe czy ta wariatka też miała, zastanawiał się, przyglądając się jej bez mrugania oczami, dopóki nie zjawiła się policja.

Nie pamiętał o czym im mówił ani o co go pytali. Jakiś funkcjonariusz zabrał jego i Nikodem na korytarz (skąd Nik wziął się w środku, Mariusz nie miał pojęcia), podczas gdy inny dzwonił po lekarza i do zakładu pogrzebowego. Reszta była mgłą i wspomnieniami wisielca przysłaniającymi świat. A wreszcie nadeszła chwila otrzeźwienia, kiedy korowód z nimi dwoma i trupem za plecami ruszył wreszcie na zewnątrz.

Kurwa, pomyślał Mariusz, wychodząc z drzwi klatki schodowej.

Za nim szedł Nikodem, blady, z podkrążonymi oczami, wyglądał jakby miał paść, obok policjant, za ich plecami jeszcze drugi. Jak osobliwa obstawa, ubrane na czarno manekiny, psy pilnujące dwóch nastolatków. Kiedy wytoczyli się na zewnątrz, dołączyła do nich trójka grabarzy, wynosząc wciśnięte do czarnego worka zwłoki. Mariusz patrzył jak unoszą otwierane do góry drzwi z tyłu karawanu i wkładają ciało do środka. Folia szeleściła, roztaczając smród trupa. Odór fekaliów i moczu, i czegoś jeszcze.

A Mariusz tylko patrzył i zastanawiał się, jak do diabła, jak do jasnej cholery, jak do kurwy nędzy wpakowali się w ten syf. To nawet nie mieściło się w głowie. Trup zanim zdążyli zabić, zbieg okoliczności jak z idiotycznego serialu albo tandetnego pulpowego czytadła z powojennych czasów.

Fuck!

To nie miało sensu. Żadnej logiki. Ale działo się, tu i teraz, na ich oczach, z ich udziałem.

Grabarze włożyli worek z ciałem do karawanu. Sąsiedzi zebrali się wokoło, komentując, rozmawiając, gapiąc się i narzekając, stojąc w upale, którego nie znieśliby, gdyby nie pojawił się taki temat do plotek. A dwóch nastolatków tkwiło pośród tego wszystkiego, w centrum zainteresowania, choć jednocześnie na jego obrzeżach, i nikt nawet nie zauważył wzwodu wypiętrzającego przód spodni jednego z nich.

Share

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *