NIE! - KOSTNICA - POZORNIE MARTWA STREFA || Kostnica.Com.PL

NIE!

TAK!

Pamiętam, jak swego czasu Jordan Peele swoim „Uciekaj!” na kolana mnie nie zwalił. Bywa. Zakończenie było przekombinowane, a choć pobrzmiewało w nim echo klasyki, jakiś taki hołd, za mało było w tym lekkości i luzu by przełknąć to wszystko tak bez narzekania. Ale i tak doceniłem film i kolejne produkcje, jakie wyszły spod jego ręki kupiły mnie. Jedne bardziej, inne mniej. „Nie!” kupiło mnie już na całego. Nawet mimo znów nieco przekombinowanych elementów (wygląd kosmitów), film jest znakomity i ożywia na ekranie sporo z magii Kina Nowej Przygody, które nawet pod ręką jego twórców takich, jak Lucas czy Spielberg, od lat wygląda bardziej, jak reanimowany trup, niż coś, co może żyć i dostarczać emocji. A te emocje tu wróciły i to jeszcze jak.

Daniel Kaluuya in Nope, written and directed by Jordan Peele.

Zaczyna się od tragedii. Potem jest tylko bardziej niebezpiecznie. Rodzina Haywoodów zajmuje się hodowlą i trenowaniem koni na potrzeby hollywoodzkich filmów. I nie zmienia się to nawet po śmierci ojca głównych bohaterów, który zostaje ranny przez coś, co spadło z nieba, a co początkowo wszyscy biorą za fragment samolotu. Prawda jest jednak inna i o wiele bardziej niebezpieczna. Coś nie z tego świata kryje się w chmurach, coś co się nie pokazuje i czego nie jest łatwo uchwycić. A przede wszystkim coś niebezpiecznego, z czym Haywoodowie będą musieli się zmierzyć w nierównej walce…

Horror SF? Hołd dla Kina Nowej Przygody, z „Bliskimi spotkaniami trzeciego stopnia” na czele? A może zabawa kinem, iście metafikcyjna, z klimatem ale i ambicjami? A czemu nie wszystko razem? I właśnie to wszystko razem jest tu, u Peele’a, sklejone w smakowity obrazek, który ożywia wspomnienia. Czy skłania do większej zadumy, zamyślenia, zanalizowania? Nie bardzo, jednak jednocześnie za tym wszystkim kryje się coś więcej, jakaś próba wyjścia poza tylko rozrywkowe ramy, co docenić też należy.

Fabularnie film to uwspółcześnione „Bliskie spotkania trzeciego stopnia”, od tych porównań odejść się nie da, podobieństwa rzucają się w oczy od samego początku, ale to rzecz z własnym charakterem, klimatem, nastrojem i autorskim podejściem. Jest tu napięcie, jest akcja, jest wiele momentów obyczajowych, skupionych na bohaterach, na historii i na kinie jako takim też. Dynamiczne sekwencje też są, popis efektów specjalnych? I tak, i nie. Te, jak przed laty u Spielberga, serwowane są nam raczej oszczędnie, bez atakowania naszych zmysłów tym wszystkim. Peele skupia się przede wszystkim na postaciach i historii, na nastroju i to wychodzi produkcji na dobre. A kiedy efekty się pojawiają, są niezłe. Budżet niespełna 70 milionów dolarów gigantyczny nie jest, ale pozwolił by wizualnego rozczarowania nie było.

I aktorsko też film nie rozczarowuje. Rzecz rozpisana jest właściwie na dwójkę aktorów, a ta daje radę. Daniel Kaluuya, jak zawsze balansuje gdzieś na granicy introwertyzmu i zblazowania, gra, jak to on – chyba siebie, ale do tych filmów to pasuje. Fajnie wypada też Keke Palmer, jako jego siostra. Reszta, okazjonalnie goszcząca na ekranie, też w oczy nie kłuje. A sam film zapada w pamięć. O kosmitach produkcji jest masa, temat chwytliwy i wiecznie żywy, ale od lat nie było kina tak dobrego. I co z tego, że design samych kosmitów, ten pomysł na nich, nie każdego kupi i bywa osobliwy – kiedyś osobliwe i nie do końca spełnione, przekombinowane, wydawało mi się spielbergowskie komunikowanie się z obcymi za pomocą muzyki, a teraz i ten aspekt „Bliskich spotkań” uwielbiam – „Nie!” jest znakomitym kinem i ja w tym wypadku jestem jak najbardziej na tak.

Michał Lipka

Share

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *