OPOWIADANIE – Dzwoneczki – Anna Musiałowicz | | KOSTNICA - POZORNIE MARTWA STREFA || Kostnica.Com.PL

OPOWIADANIE – Dzwoneczki – Anna Musiałowicz

Dzwoneczki dźwięczą złowieszczo, gdy ciemną nocą idziesz pustą ulicą. Nie wiem nawet, skąd się wzięła moda na uwieszanie tych badziewi nad drzwiami domów. Pewnie z „Hameryki”. Jak wszystko. Nadano im magiczne znaczenie i wszyscy pseudo-uduchowieni szaleją w obwieszaniu się talizmanami. I tak idziesz, człowieku, styrany z roboty, oczekujesz chwili wytchnienia, a brzęczy ci to, dźwięczy, czasem klekoce. Taka magia.

Gdy tak idę, słuchając tej osobliwej muzyki, przypominają mi się horrory z moich nastoletnich czasów, te wszystkie „gothiki”, „blairwitchprojecty”, „bunkry” i inne takie. Nic, tylko oczekiwać pojawienia się na środku drogi płonącej dziewczynki. Niby te dzwoneczki mają utrzymywać duchy i inne złe moce z dala od domów. Jeśli tak jest, te wszystkie upiory lezą teraz ze mną środkiem drogi.

Tamtej nocy też wracałem po ciężkim dniu pracy. Druga zmiana. W ciągu dnia temperatura sięgała trzydziestu stopni Celsjusza, jednak nocą czuć już było chłodny powiew jesieni. Żałowałem, że nie wziąłem ze sobą bluzy. Szedłem ulicą Elizy Orzeszkowej i śmiałem się w duchu z Marcina – kumpla z pracy. Narzekał na ten głupi system oświaty, który nakazywał jego synowi przeczytanie „Opowieści z Narwi”. Ciekawe, jaki będzie miał problem, gdy dzieciak zacznie przerabiać „Nad Niemenem”. Oczywiście optymistycznie zakładając, że młody nie wdał się w ojca i utrzyma się w szkole. Bo znajomość lektur szkolnych Marcina kończyła się na „Kubusiu Puchatku”. Choć znając go, założę się, że ograniczył się do obejrzenia disnejowskiej dobranocki o tym samym tytule. Głupich nie sieją.

Do domu zostało mi jeszcze jakieś dziesięć minut marszu. Dzwoneczki dzwoniły, klekotki klekotały, rozpraszając ciszę nocnej ulicy. Ale nie jej urok. Czekałem, aż zza jakiegoś śpiącego domu wyskoczy na mnie czerwonooki potwór albo inne licho. Co też zmęczenie robi z człowiekiem. Zamiast potwora zobaczyłem ją. Szła w moją stronę energicznym krokiem, wpatrzona w czubki swoich butów. Naciągnęła na głowę kaptur od niebieskiej bluzy. Była piękna jak Maryja Panna z obrazka, który dostałem od księdza jako chłopiec. Ile mogła mieć lat? Piętnaście? Dwadzieścia? Dwadzieścia pięć? W dzisiejszych czasach córki wyglądają starzej niż ich matki, a żeby którąś bzyknąć, musisz najpierw sprawdzić jej datę urodzenia w dowodzie. Bezpieczny seks nabrał nowego znaczenia.

Mijając mnie, zwolniła tempo i zapytała:

• Masz fajkę?

• Nie. Nie palę. – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

• Szkoda. – odparła tonem, który miał nie tyle wyrazić rozczarowanie, co totalny brak chęci do dalszej egzystencji. No tak, życie w pewnym wieku bywa beznadziejne samo w swej istocie.

• Nie za młoda jesteś na palenie?

• Spierdalaj. – odrzekła i poszła dalej. Roześmiałem się. Małolata włóczy się sama po nocach, zaczepia dwa razy starszego od siebie faceta (czy aby jednego?), prowokując, by dostać w ryj. A może pasem przez tyłek?

* * *

Kolejna noc i kolejny powrót z roboty. Dzwoneczki dźwięczą i naganiają mi duchów do towarzystwa. Miła odmiana po obcowaniu jedynie z tym, co pozostaje na ziemskim padole, gdy dusza uleci. Ciężki dzień. Przywieźli chłopca. Pięć lat. Wyskoczył za kotkiem na ulicę. Nie złapał kotka lecz przejeżdżający samochód. Rozharatało dzieciaka na pół. Niby próbowano go ratować, helikopterem transportowano do Znamienitego Szpitala chyba jedynie po to, by ukoić swoje sumienie, że zrobiło się wszystko, co w ludzkiej mocy. Martwe dziecko to nasz koszmar. Jest ich więcej niż można by się spodziewać. Zawsze gdy trafia do nas takie małe ciało, urywają się żarty, cichną rozmowy, a swoją pracę wykonujemy automatycznie, udając, że nic nam nie straszne. Że śmierć nie robi wrażenia. W końcu wciąż jest obok nas. Dzieci nie powinny umierać. Nigdy. Jednak ich piętno śmierci ma piękne oblicze. Leży taki aniołek w trumnie, nawet pudrować go specjalnie nie trzeba. Ma spokojną, wręcz zadowoloną twarz, zupełnie jakby zasnął i śnił o jednorożcach, tęczy albo ogromnym zamku pełnym klocków lego. „Chłopcze, powstań!” – chciałoby się za Jezusem powtórzyć. Ale my nie jesteśmy Chrystusami i dziecko nie zbudzi się. Kurwa, może lepiej, że ten maluch już więcej nie będzie oglądał syfu tego świata. Tak sobie to powtarzam w kółko i usilnie próbuję uwierzyć, że się nie mylę. Nie umiem patrzeć w twarze rodziców tych maluchów. Od tego jest Justyna. Ale jej nie pozwalamy oglądać dzieci. Sama ma małą córeczkę. Dwa lata temu po pogrzebie trzylatka wylądowała na lekach. Myśleliśmy wtedy, że odejdzie z pracy. Ale dała radę. Po prostu nie ogląda martwych dzieci. Może jedynie wybierać dla nich kwiaty na trumnę.

Inaczej śmierć starców. Gdy umrą, nie przypominają siebie. I nie chodzi tu wcale o pozlepiane mocnym klejem usta i powieki, o to że nawet największym grubasom zapadają się policzki, a skóra zdaje się być delikatna jak pergamin. Zanim ich nie oporządzimy, pierdzą i bekają, jakby chcieli dać upust temu, co za życia kazano im traktować jako niestosowne i obrzydliwe. Uwierzcie, czasem to śmieszne, czasem przerażające. Zwłaszcza wtedy, gdy siedzisz sam w chłodni z pięcioma trupami, przeliczasz, czy każdemu włożyłeś w dłonie różaniec i książeczkę od nabożeństwa, a nagle za plecami słyszysz głośne, niczym nieskrępowane „beee”. No dzięki, stary. Na zdrowie, gdybyś gdzieś je miał jeszcze mieć.

Oderwałem się od swoich myśli i zobaczyłem ją. Znów szła w tym niebieskim kapturze, znów kontemplowała stan swoich butów. I znów mijając mnie zapytała:

• Masz fajkę?

• Nie, nadal nie palę.

• A… To ty. – podniosła głowę. Wtedy zobaczyłem jej oczy. Jak jezioro. Jak kosmos. Jak… nie wiem. Miałem wrażenie, że ogarnia mnie nimi, że tonę w nich, że fruwam, że… Zahipnotyzowała mnie. Pewnie tak bym trwał zaczarowany tym, co miała w swoich oczach albo tym, co wydawało mi się, że chcę w nich ujrzeć, gdyby nie zakończyła:

• To spierdalaj.

Wryło mnie w ziemię. Bezczelna smarkula. Głupia pizda. Przecież mogła mieć nie więcej niż piętnaście lat. A ja – głupi, stary kretyn. Idiotka.

* * *

Przez dwa kolejne dni nie widziałem jej. Wziąłem urlop, żeby odreagować po tym martwym dzieciaku. Odreagowywałem tak intensywnie, że cały wczorajszy ranek rzygałem wódką zmieszaną nie wiem z czym, a w przerwach na złapanie oddechu usiłowałem odtworzyć przebieg poprzedniego wieczoru. Upodliłem się na maksa i tyle w temacie. Kac moralny jak zwykle mnie ominął. Wyrzuty sumienia są jak pchły. Nie każdy je ma.

Dziś znów siedziałem w kostnicy do północy. Wesoły dzień. Spokojny. Bez niespodzianek. Od rana chłopaki obrobiły kilka pogrzebów, ze szpitala zwieziono kilka mniej lub bardziej szkaradnych trupów, Marcin jak zwykle narzekał – młody znów nie zaliczył dyktanda (przecież „karzę” można pisać przez „ż” i „rz” na zmianę, chuj z tym, że ma inne znaczenie), pani Jagoda toczyła zawzięte dyskusje przez telefon, a Justyna oddawała się inwencji twórczej, robiąc na bóstwo jakąś martwą babcię. Uwielbiam przyglądać się jej pracy. Widzisz twarz zupełnie podobną do nikogo, bez wyrazu, bez niczego szczególnego, nawet nie możesz stwierdzić, czy to stworzenie było ładne za życia, czy niekoniecznie. Na to przychodzi Justyna z tymi swoimi mazidełkami, pędzelkami, cieniami i farbkami, i co tam jeszcze w wielkim, różowym kufrze posiada. I nagle z pomarszczonej starowinki robi się co najmniej Joan Collins. Efekt powalający. Gdyby babka żyła, nie mogłaby oderwać wzroku od swojego odbicia w lustrze. I pewnie zapuściłaby brodę, by w nią sobie pluć, że wcześniej Justyny nie spotkała. Dobrze dla zmarłej, ze inni denaci mają pozamykane oczy, bo pewnie na „tamtym świecie” by jej nie popuścili. Potem Justyna zmywa swoje dzieło z twarzy zmarłej, bierze jej zdjęcie i maluje ją tak, jak rodzina i inni bliscy zapamiętali. Ech. Podejrzewam, że babcia Krysia, czy jak jej tam, wolałaby siebie w „Justynowej” wersji.

Północ. Godzina duchów, dzwoneczki brzęczały. Poprawiłem sobie plecak na ramieniu, odwróciłem się, by sprawdzić, czy jakieś auto nie jedzie (o tej porze nigdy nie jeździły). Przebiegłem na drugą stronę ulicy Orzeszkowej i wpadłem wprost na nią. Spod niebieskiego kaptura spojrzały na mnie te intrygujące oczy. Przez chwilę przeszło mi przez myśl, że ta mała jest naćpana.

• Masz fajkę?

• Nie, nadal nie palę.

Uśmiechnęła się. Uśmiech był ledwie dostrzegalny, jakby lekkie drgnienie mięśni ust i policzków, jakby tik nerwowy. Ale to jednak był uśmiech.

• To spierdalaj.

Głupia smarkula. Poszła dalej. A ja uświadomiłem sobie, ze stoję jak pacan, gapię się w jej stronę i uśmiecham sam do siebie.

* * *

Jesień zbliżała się z każdym dniem. Było coraz chłodniej. Młodą spotykałem praktycznie każdej nocy, gdy wracałem z popołudniowej zmiany. Zawsze miała na sobie tę niebieską bluzę, kaptur na głowie smarkuli wciąż dawał mi złudzenie maryjnej chusty. Rzadko miałem okazję widzieć twarz dziewczyny. Nieświadomie ustaliliśmy nasz rytuał.

• Masz fajkę?

• Nie, wciąż nie palę.

• To spierdalaj.

Zastanawiałem się, co by zrobiła, gdybym raz kupił fajki i ją poczęstował. Przystanęłaby i pogawędziła chwilę? Czy wyciągnęłaby papierosa z paczki, szybkim ruchem go zapaliła, głęboko się zaciągnęła, a wydmuchując dym z ust, standardowo zbyła mnie: „spierdalaj”. Zaintrygowała mnie. Dlaczego spotykałem ją każdej nocy? Co takie wciąż jeszcze dziecko robiło w środku nocy na ulicy? Skąd wracała? Dlaczego sama? Kto na nią czekał? Gdybym był jej ojcem, w życiu bym nie pozwolił, by chodziła samotnie pustymi uliczkami. Niby to spokojna dzielnica, ale strzeżonego Pan Bóg strzeże.

Oczekiwałem jej na swojej drodze. Pewnej nocy, gdy szła spóźniona o kilka minut, uświadomiłem sobie, że martwię się o nią. Zawsze mijaliśmy się na Orzeszkowej. Zdążyłem wejść w zakręt, a jej jeszcze nie było. Gdy przecznicę dalej w końcu zobaczyłem postać w niebieskiej bluzie, uświadomiłem sobie, jak szybko bije mi serducho. Bałem się, że coś się smarkuli stało. Nawet nie znałem jej imienia. Nie miałbym kogo powiadomić. Rany boskie, nawet mnie nikt by nie poinformował, gdyby coś złego się jej przytrafiło. Gdy się mijaliśmy, byłem już spokojny. Odprawiliśmy rytuał papierosowy. Udało mi się dojrzeć kawałek jej twarzy. Chyba płakała. Zanim dotarłem do domu postanowiłem, że następnym razem postaram się ją zatrzymać i zamienić chociaż dwa słowa. Zanim mi każe spierdalać, oczywiście.

* * *

Kilka dni pracowałem od rana i nie spotykałem dziewczyny. Gdy wracałem w niedzielę z pracy (w tej branży nie ma dni wolnych, ludzie umierają codziennie i nic ich nie obchodzi to, że przydałby się weekend bez dyżuru), zerwał się potworny wiatr. Dzwonki grały swoją melodię w szalony, opętańczy sposób. Paganini byłby zachwycony. Zastanawiałem się, jak silny musi być wiatr, by zerwał jakiś pieprzony dzwoneczek ze sznurka. Albo jak słaby sznurek. Z jednej strony nienawidziłem tych nieskoordynowanych dźwięków, z drugiej kakofonia dzwoneczków nadawała moim powrotom z pracy wyjątkowego charakteru. Zamiast trąb triumfalnie obwieszczających mój powrót do domu, miałem dzwonienie. Bohater wraca z roboty. Bohater zmęczony całodziennym zmaganiem się z trupami pośród widmowych dziewic siedzących na dachach domów, dziewic wygrywających płaczące melodie na dzwoneczkach i klekotkach. Ja pierdolę, jakie ja mam popieprzone myśli o tej porze nocy.

Justyna okrutnie marudziła dziś w pracy. Brało ją jakieś przeziębienie czy coś, chyba zaraziła się od córki. Fajna babka z tej Justyny. Poukładana, całkiem inteligentna. Jak dodać do tego buzię laleczki i całkiem niezły tyłek, stwierdzam, że szkoda jej dla jej faceta. Palant jeden najchętniej kontrolowałby ją na każdym kroku, telefonował co pięć minut, a wlatywał do pracy co piętnaście. Miał jakąś własną firmę, chciał, żeby Justyna pracowała u niego, ale ta wolała zostać z nami. Martwi klienci są mniej upierdliwi, to fakt. Justyna była zmęczona tym swoim fagasem, z miesiąca na miesiąc było to coraz bardziej zauważalne. Gdyby nie córka, pewnie dawno już go spławiła. Ale i tak patrząc z boku na ten jej związek, miałem nieodparte przekonanie, że – jak to moja babka mawiała – z tej mąki chleba nie będzie. Pomiędzy jednym a drugim smarkaniem w chusteczkę Justyna opowiadała makabryczne opowieści z ostatniego tygodnia, wyczytane w lokalnych gazetach. Kogoś rozjechał pociąg, ktoś się powiesił, jakiś nastoletni dzieciak zamordował swoją ciężarną dziewczynę, ważna pani nauczycielka emerytowana zmarła po długiej chorobie, ktoś się roztrzaskał na motocyklu, starszy pan wpadł pod tira, inny zatruł metanolem i zmarł. Czasem zakładaliśmy się, który z tych denatów trafi w nasze ręce. Jednogłośnie orzekliśmy, że nie chcemy nauczycielki. Najwięcej na niej byśmy zarobili, ale też najmocniej naużerali. Pogrzeb kogoś takiego to wydarzenie większe niż premiera w teatrze. Tylko tutaj nie ma prób.

Wiatr dął okrutnie, szlag jasny mnie trafiał, bo czasem miałem wrażenie, że siła żywiołu zepchnie mnie z chodnika. Byłem pewien, że zaraz spadnie deszcz. Brakowało tylko burzy z piorunami. Żałowałem, że nie wziąłem taksówki. Ale przyznam szczerze, że świadomie zrezygnowałem z powrotu do domu autem, bo chciałem spotkać tę moją małolatę od fajek. Ciekawe, czy w taką koszmarną noc też kręciła się po ulicy. Szedłem już ulicą Orzeszkowej, ale wciąż jej nie było. Może zmieniła trasę. Może w końcu zrozumiała, że dziewczynki w jej wieku o tej porze powinny spać w swoich łóżkach. Może nie powinienem się nad tym zastanawiać, tylko schronić się w jakimś kącie i jednak zamówić taksówkę.

Zgarbiłem się pod wpływem zimna, z przyzwyczajenia odwróciłem głowę, by sprawdzić, czy droga jest pusta (o tej porze nigdy nie jeździły żadne samochody) i ruszyłem przed siebie na drugą stronę ulicy. Nagle poczułem mocne szarpnięcie. Coś pociągnęło mnie w tył z taką siłą, że aż usiadłem krawężniku. W tej samej sekundzie centymetr od mojego nosa śmignęło auto. Samochód jechał z taką prędkością, że nawet nie zauważyłem jego marki. Czas zatrzymał się na ułamek sekundy. Sparaliżowało mnie. Nosz kurwa mac. Pół kroku dalej, a zmiótłby mnie z powierzchni.

Kiedy po chwili odzyskałem umiejętność oddychania, obejrzałem się za siebie. Nade mną stała smarkula. W prawej dłoni trzymała jeszcze kołnierz mojej kurtki. Patrzyła w stronę, w którą odjechało auto. Chyba też była w szoku. Zacząłem jej dziękować, przy okazji przeklinając tego pirata drogowego. Stanąłem naprzeciwko niej, gestykulując jak poparzony, a ona spokojnie przyglądała mi się tymi swoimi cudownymi oczami. Zacząłem rozumieć, co w nich mnie tak urzekło. Zdawało się, że mała nie patrzy na mnie, tylko przeze mnie. Jakby moja osoba przesłaniała jej widok, który dostrzegała pomiędzy komórkami czy atomami, z których byłem zbudowany. Poczułem się dziwnie. Nagle jej wzrok się wyostrzył, spojrzała mi prosto w twarz i powiedziała:

• Nie chcę dziś fajki. I uważaj na siebie. W tym towarzystwie wystarczy już trupów. Spierdalaj teraz.

Naciągnęła kaptur głębiej na głowę i odeszła w ciemność. A ja stałem wciąż jak sparaliżowany, nie czułem chłostającego mnie wiatru. Moja mała Matka Boska w niebieskim kapturze zamiast chusty. Chyba uratowała mi życie jak Madonna z Fatimy papieżowi.

* * *

Kolejny dzień w pracy zaczął się jak zwykle. Byłem tylko trochę nieprzytomny. Po wydarzeniach poprzedniej nocy długo nie mogłem zasnąć. Jak już w końcu sen mnie zmorzył, zadzwonił budzik i tyle było z mojego spania. Piłem kawę. Justyna wyskoczyła po ciastka do sklepu. Obiecała, z kupi mi Red-Bulla, bo wyglądałem jak zombie. Niestety taka aparycja nie wzbudza zaufania wśród rodzin naszych denatów. Mógłbym powiedzieć: kto z kim przestaje, takim się staje, ale chyba nikt nie zrozumiałby żartu, a w najlepszym przypadku uznałby, że jestem nietaktowny. Pani Jagoda rozmawiała przez telefon z grabarzami, na kartce w kształcie serca zapisywała numery kwater. Ustalała jakieś terminy. Chłopaki ogarniali jakiś zwyczajny pogrzeb. Dowiedzieliśmy się już, że ważna nauczycielka emerytowana trafiła do konkurencji. Metanolowiec też. Nasz miał być starszy pan od tira. Rano była też matka tej dziewczyny z morderstwa. Przykra sprawa. Młodziutka dziewczyna, z całkiem normalnej rodziny. Poznała jakiegoś kretyna na dyskotece, zakochała się, ten ją wyruchał. Potem okazało się, że laska jest w ciąży. Gach się wystraszył – dziewczyna nie miała jeszcze piętnastu lat. A za to wchodzi już prokurator. Cóż, chłopak tak to załatwił, że bez prokuratora i tak się nie obyło. Pewnie dostanie dwadzieścia pięć lat, zwolnią go po piętnastu. Lasce życia i tak nikt nie wróci. Ale piętnaście lat i dziecko w brzuchu? Jakoś nie wierzę w tę normalną rodzinę.

Justyna wróciła z moim Red-Bullem, a ja nadal przysypiałem po kątach, dzień wlókł się niemiłosiernie. Nie miałem za dużo roboty. Marcin usiłował mnie wkręcić w jakieś chore dyskusje na tematy polityczne, ale źle trafił. Nie ta osoba, nie ten dzień, nie ten klimat. Koło południa przywieźli zwłoki gościa spod tira. Nawet go za mocno nie zmiażdżyło ani nie poszarpało. Po wstępnych oględzinach uznaliśmy, ze jak się go ładnie ułoży, trumna podczas pogrzebu może być otwarta. Twarz miał całą, a resztę ciała poukłada się jakoś i przykryje ubraniem. Popołudniu jego córka miała donieść garnitur z całą resztą. Pewnie w tym garniturze tańczył na jej ślubie.

Wyjechałem na chwilę pozałatwiać sprawy w kościele. Gdy wróciłem, pani Jagoda załatwiała formalności z jakąś babką. Miałem wrażenie, ze skądś ja znam. Pewnie spotkałem ją którymś pogrzebie. Położyłem papiery na biurku, przy okazji zerknąłem na akt zgonu, który Jagoda trzymała w rękach. Maria Jasna. Nie znam.

Poszedłem zwinąć ciastko Justynie. Powiedziała mi, ze przywieźli dziewczynę z morderstwa. Tydzień miał ją u siebie patolog. Śliczna. Nawet makijażu za bardzo nie potrzebuje. Trzeci miesiąc ciąży, jej matka o tym nie wiedziała. Jej chłopak udusił ją, więc trzeba jakoś szyję zakryć.

Zszedłem z Justyną do chłodni. Miałem zamiar zając się wstępnie tirowcem i dołożyć różaniec jednemu szpitalnemu nieboszczykowi. Jego żona dopiero dziś znalazła ten ulubiony. Justyna poszła zamordowanej. Z ciekawości ruszyłem za nią.

Dziewczyna leżała w trumnie, spokojna, delikatna. Była piękna. Miała 14 lat i dziecko w brzuchu. Jak Maryja Panna. Jak moja Maryja Panna z obrazka, który jako chłopiec dostałem od księdza.

* * *

Dzwoneczki dźwięczą złowieszczo, gdy ciemną nocą idziesz pustą ulicą. O tej porze nawet samochody nigdy tu nie przejeżdżają. Podobno te dzwoneczki mają utrzymywać duchy i inne złe moce z dala od domów. Jeśli tak jest, te wszystkie zjawy idą teraz ze mną środkiem drogi. Wśród nich gdzieś kroczy Marysia Jasna w niebieskiej bluzie.

Share

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *