OPOWIADANIE – ROZPRUWACZ Sezon na Tirówki – Maciej Szymczak | | KOSTNICA - POZORNIE MARTWA STREFA || Kostnica.Com.PL

OPOWIADANIE – ROZPRUWACZ Sezon na Tirówki – Maciej Szymczak

opowiadaniesezon0001– Kurde Żanetka, nie uśmiecha mi sie dzisiaj robota. Najchętniej wzięłabym wolne, wyjechała za  miasto, może nawet z tego kraju. Przynajmniej dopóki nie złapią tego świra… Brrr – zatrzęsła się z zimna korpulentna brunetka o romskich rysach twarzy – Słyszałaś tę historię sprzed dwóch dni?

– No coś obiło mi się o uszy. To ten cały Rozpruwacz, nie? – zapytała ziewając znudzona kobieta. Ręką poprawiła tleniona na blond grzywkę, która co chwile opadała jej na czoło, zasłaniając oczy.

-Niestety tak, znów zaatakował. Normalnie wślizgnął się jakiejś lasce do auta! Gościówa miała szczęście, że jakiś kolo to zauważył i ostrzegł ją w porę! Zatrzymała się na stacji benzynowej i ten zwyrol wybiegł z samochodu, kierując się do lasu! Ma szczęście laska że żyje. Ale shiza!

-Zalewasz !! – wybałuszyła oczy Żaneta – co za historia, ja to bym na miejscu zawału dostała!

– Chyba poproszę Armanda o wolne… – zadumała się śniada dziewczyna.

– Złotko, zwariowałaś?! Zapomniałaś kim jesteśmy? Nie ty tu decydujesz, to nie etat  a służba w zaspakajaniu męskiej chuci. Zresztą spójrz na to w ten sposób – zaciągnęła sie papierosem – dochodzi 12, stoimy na skraju lasu, 500 m od nas jest wulkanizacja, jakby co to nawiać można, robimy i tak max do 17. Szef tak zarządził i nie ma co dyskutować.

– Kurwa, pieprzony kraj! – odrzekła butnie – Mogłam zostać  w Mołdawii, tam przynajmniej nikt nie lata z maczetą i nie wycina swoich inicjałów na twarzy. Poza tym nie piździ w Mołdawii jak tutaj! Ten wasz listopad…

– Nie narzekaj Maszka, ja tu mieszkam od urodzenia, źle nie mamy, przynajmniej jakaś ochrona jest.  A co to u was nie ma morderców? Zresztą jak się nie podoba, to won z powrotem – uniosła się urażona tirówka, czując nagły przypływ uczuć patriotycznych – Tak Masza, my tu wszystko mamy, drogi dobre mamy. No i ten, tego… – zmarszczyła czoło buszując w pamięci – darmową opiekę zdrowotną mamy!

Masza milczała nie dając się sprowokować do dalszej dyskusji. Wzruszyła wymownie ramionami dając do zrozumienia starszej koleżance, iż wszystko jej jedno. Żując nerwowo gumę wyszła na środek drogi obracając się we wszystkie strony.  Zero klientów. Przynajmniej ogrzała by się trochę w samochodzie zagadując Jelenia, nim da mu dupy. Dzień jednak nie miał się jeszcze ku końcowi, a wygodne łóżko w klubie Esmeralda będzie musiało jeszcze trochę zaczekać. Nie lubiła tej roboty – kto lubi obciągać obcym frajerom? Ale co zrobić, tak jej sie życie ułożyło, i już. Nie należała do osób refleksyjnych a tym bardziej asertywnych, mogących wpłynąć jakoś na swój los. Seks z nieznajomymi w ostateczności nie był taki zły, chyba że jakiś Żuk, tudzież Nysa bądź Tarpan z pijanymi robolami się zatrzyma… Oj wtedy to i paczka ekstra mocnych miętówek nie wystarczy do zabicia tego ohydnego  zapachu. Spojrzała z przekąsem na palącą w spokoju koleżankę:

Tej to chyba wszystko pasuje w tej jej wspaniałej Polszy!

Trzęsąc się z zimna ujrzała w oddali zbliżającą się nadzieję. Znajomy mercedes nadjeżdżał, zaufany człowiek szefa. Zrobi wszystko aby się stąd wcześniej wyrwać.

-Patrz jedzie! Cygan pierdolony ! – splunęła na ziemie Żaneta – Złaź z ulicy bo jeszcze cię rozjedzie! Nie lubię chama, wszystko wydziera i zostawia ochłapy. Skarżyłam się już szefowi ale on ubóstwia tego skurwysyna!

Mercedes zjechał na pobocze trąbiąc na powitanie. Z pojazdu wysiadł niski mężczyzna po trzydziestce. Miał na sobie elegancką marynarkę i dopasowane do niej spodnie dżinsowe. Wielkie niczym kowadła dłonie ozdabiała  tandetna biżuteria. W oczy  rzucały się  srebrne sygnety i ciężki złoty łańcuch zdobiący potężną klatkę piersiową. Właściciel Mercedesa uśmiechnął sie niczym playboy gładząc świecące się od brylantyny włosy.

-Witam foczki, chciałbym kogoś wam przedstawić – otworzył szarmancko tylnie drzwi, wypuszczając z samochodu szczupłą, zgrabną brunetkę o zdecydowanie południowej urodzie.

– To jest Cindy – uśmiechnął sie szeroko, ukazując rząd złotych zębów – A właściwie Marieta ze słonecznego Sozopola. Marietto o to twoje nowe koleżanki. Masza i Żaneta, pseudo: Janet i Coco.

– Żeś kurwa wymyślił ksywki – zaszydziła pod nosem Żaneta.

– Cześć skarbie! – przywitała się urodziwa Mołdawianka.

-Witaj – beznamiętnie rzekła jej starsza kompanka, w klubie znana jako Janet.

-Zdrasti! – machnęła ręką nowa.

-Marieta ma jeszcze problemy z językiem polskim, za to dużo rozumie. Powinniście się dogadać. Pakuj manatki Maszka jedziesz ze mną, dziś masz już wolne  – uśmiechnął się lubieżnie alfons.

-Co!? – zaprotestowała gwałtownie Żaneta – dlaczego ona?! Ze wszystkich dziewczyn ja tu najdłużej pracuje, to ja powinnam dostać wolne!

– Oj Blondi… – zwrócił się do niej pobłażliwym tonem – przecież wiesz jakie są zasady. Blondynka, czarnulka. Czarnulka, blondynka. Zawsze się znajdzie chętny na trójkąt, a ja muszę klientowi zapewnić różnorodność – uśmiechnął się szelmowsko wyprowadzając kobietę z równowagi.

-Pieprze was! Nie obsłużę dzisiaj żadnego frajera – obróciła sie wkurzona plecami do alfonsa.

-Wskakuj do samochodu dupeczko – klepnął po pośladku Maszę, zwaną Coco. Zaśmiała się kokieteryjnie i wskoczyła na przednie siedzenie samochodu – A co od ciebie… – Armando zmienił ton – Patrz na mnie dziwko jak do ciebie mówię! Jeśli jeszcze raz przy kimkolwiek podważysz mój autorytet to cię zajebię! Osobiście sprawdzę utarg i lepiej szmato żebyś na siebie zarobiła!!

Żaneta pokornie spuściła głowę. Z Armandem nie ma żartów, to mogło się dla niej skończyć w najlepszym przypadku uszczerbkiem na urodzie. Podeszła do niego chcąc załagodzić sytuację.

– No już uspokój się – poklepała go po ramieniu.

Alfons odepchnął ją od siebie grożąc wymownie palcem. Otworzył bagażnik wyciągając dwa paralizatory. Wręczył je zaskoczonym prostytutkom.

– To w razie czego, dla samoobrony. Wciskacie ten guzik i nacieracie nim wprost na napastnika. Rozumiecie?  – spojrzał na Żanetę, która z tępym wyrazem twarzy obracała przedmiot przed oczyma – Wrócę po was za trzy godziny. Ok? – spojrzał na zdezorientowane twarze kobiet poczym załamując ręce usiadł za kierownicą.

-Aha, jeszcze jedno – krzyknął  Armando odpalając silnik – Rudy. Podobno jest rudy. Ta babka co przeżyła atak, widziała przez chwilę jego twarz. Wystrzegajcie sie ryżych – mrugnął okiem zalotnie, poczym z piskiem opon ruszył przed siebie.

Pięknie – pomyślała Żaneta wpatrzona w oddalający się z dużą prędkością samochód – Trzeba się będzie jakoś zgadać, zbratać z ta nową.

Wciąż czuła zazdrość w sercu, to ona powinna siedzieć na skórzanym fotelu mercedesa, czując na ciele gorący powiew klimatyzacji. Wyjęła z torebki paczkę papierosów częstując nową. Marieta grzecznie odmówiła. Gryzła nerwowo wargi rozglądając się na wszystkie strony. Widać że czuła się nieswojo, być może to nawet i jej debiut na ulicy. W nerwowej i napiętej atmosferze zleciała kolejna godzina. Kobiety kręciły się w kółko w oczekiwaniu na potencjalnych klientów. Niestety nikt się nie pojawił. Temperatura spadała szybko, odczucie zimna coraz bardziej im dokuczało. Żaneta wyciągnęła z dna torebki małą buteleczkę rumu.

– Nie tego się spodziewałaś kochaniutka – podała trunek Marietcie, która nie kryła niezadowolenia na twarzy – Pewnie Armando nawciskał ci kitu o pracy damy do towarzystwa – uśmiechnęła się sarkastycznie – Prawda jest taka, że luksusową kurwą jesteś w weekendy, uwodząc klientów klubu. W tygodniu jesteś zwykłą tirówką zaspakajającą fantazję meneli.

Nowa chwyciła z wdzięcznością ognisty trunek. Alkohol przyjemnie palił w gardle, rozgrzewając ciało od środka. Uśmiechnęła się chcąc zacząć konwersację, lecz nim zdążyła coś powiedzieć, usłyszała dźwięk silnika samochodowego. Zza zakrętu wyłonił się pojazd, który zwolnił na widok tirówek. Doświadczona Żaneta spojrzała wpierw na markę samochodu, domyślając się z jakiego rodzaju klientem będą miały do czynienia. Czarna Honda Civic, stary model. Za kółkiem siedział zapewne rozrywkowy młodzik, amator dyskotek, co to lubi się zabawić na kacu, po ciężkiej nocy z kumplami. Z usposobienia raczej miły, trochę nieśmiały, idealny dla naszej południowej koleżanki. Samochód przejechał obok nich wolno, niemal się zatrzymując. Skręcił w leśny trakt, wjeżdżając na małą polanę. Szyby były przyciemniane, więc kobiety nie mogły dostrzec klienta. Nie było w tym jednak nic dziwnego, zapewne nie chciał aby ktoś go rozpoznał. To była dość konserwatywna okolica. Żaneta zbliżyła się do wycofanej koleżanki dodając jej otuchy :

-Słuchaj złociutka, ten Jeleń jest twój – poprawiła dekolt Marietcie – Tak będzie lepiej, powodzenia!

– Diakuje –powiedziała łamana polszczyzną.

-Masz gumy?

Pokręciła przecząco głową.

-Tu masz dwie. Pamiętaj za loda 50, za seks 100. Każde dodatkowe życzenie, wydziwianie, 200 .Gdyby coś nie grało zawołaj mnie. Dasz radę?

Kiwnęła twierdząco głową. Marieta wyjęła z torebki lusterko poprawiając makijaż. Westchnęła głęboko zapuszczając się w głąb lasu.

– Powodzenia malutka. Dasz radę – krzyknęła w stronę oddalającej się kompanki. – Nawet ładna dziewczyna… – pomyślała szukając po omacku papierosów w torebce. Spojrzała na zegarek. Dochodziła 14:00. Gdy wypaliła 3-go z kolei papierosa zaczęła się trochę niepokoić. Powinni już kończyć, zazwyczaj całą akcja trwa maks 10 minut, a minęło już 15. Przez kolejny kwadrans kręciła się nerwowo po poboczu, kończąc butelkę rumu. Spojrzała kolejny raz na zegarek , 14: 35, coś za długo to trwa. Przypomniała sobie nagle o Rozpruwaczu, o zagrożeniu jakie na nią może czyhać. Zaniepokojona ruszyła przed siebie wyboistym leśnym traktem. Potykała sie co chwilę zahaczając obcasami o wyrastające spod ziemi korzenie drzew. Klęła pod nosem, złorzecząc środowisku naturalnemu. Najchętniej zdarła by z siebie te przeklęte szpilki i cisnęła nimi w najbliższe krzaki. Niestety nie mogła pozwolić sobie na buty górskie, czy zwykłe adidasy. Przynajmniej w pracy. Ograniczony męski kutas reagował  tylko na seksowne, damskie szpilki, będące ukoronowaniem piękna kobiecych nóg. Posuwała się powoli do przodu, co chwilę grzęznąc w błocie.

– Kurwa! –wrzasnęła skacząc po kałuży niczym rozłoszczone dziecko – nowe buty!

Widok zaparkowanej Hondy zadziałał na nią niczym  płachta na byka. Stanęła naburmuszona przy samochodzie, nerwowo stukając palcami o szybę pasażera. Chrząknęła głośno, zaznaczając swoją obecność.  W końcu straciła panowanie nad sobą. Walnęła pięścią w dach, tym samym łamiąc etykietę zawodową. Najważniejszą zasadą było przestrzeganie prywatności klienta. Żaneta zaryzykowała bolesną reprymendę u Armanda. Nie osiągnęła jednak oczekiwanego rezultatu, nikt nie zareagował na jej prowokacje. Wytężyła słuch, wewnątrz pojazdu panowała złowroga cisza.

-Osz ty !!! – zamachnęła się, rozbijając butelkę  na masce samochodu – Hej pogięło was całkiem!! Wyłazić! – Żaneta cała kipiała od gniewu. W przypływie furii przejechała rozbitym szkłem po karoserii, zostawiając w lakierze głębokie rysy. I to nie poskutkowało. Ogarnęła ją biała gorączka. Chwyciła klamkę niemal wyrywając z zawiasu drzwi pasażera.

-AAAAAAAA!!! –  wrzasnęła cofając sie w panice. Korek od szpilki ugrzązł w  ziemi powodując bolesny upadek. Uderzyła głową o konar ściętego drzewa. Gdyby nie zastrzyk adrenaliny spowodowany przez szok wywołany tym co zobaczyła wewnątrz samochodu, pewnie leżała by jak kłoda, masując obolałą głowę. Mając w pamięci makabryczny obraz tego co pozostało z twarzy koleżanki, zdała sobie sprawę z niebezpieczeństwa jakie jej grozi. Boże co sie tam stało?! Zdjęła z nóg niewygodne buty, koncentrując się ze wszystkich sił na przetrwaniu. Jej mózg pracował na najwyższych obrotach, przygotowując plan ucieczki. Będzie musiała biec i dać z siebie wszystko, stawką było jej życie. Wstała nagle, zapominając o stłuczonej głowie. Chwyciła oburącz paralizator, trzymając kciuk na guziku. Kręciła się wokół własnej osi, bacznie patrząc na pobliskie zarośla.

-OHH- podskoczyła rażona strachem .

Coś  ruszyło się za drzewem. Usłyszała trzask łamanej gałęzi.

– O Boże! Jezusie!- ręce jej dygotały, z trudem mogła utrzymać broń. Stała w miejscu, pewna swego marnego losu. Wiedziała że na widok mordercy zacznie panikować, wyrzuci broń i ucieknie na oślep, obijając się o drzewa. On złapie ją i poderżnie gardło. Wypruje z niej flaki i najpewniej zgwałci, profanując zwłoki. Usłyszała szelest liści i czyjeś kroki. Z leśnej gęstwiny wyłonił sie wysoki mężczyzna w czarnej bluzie  i spodniach moro. Kaptur zasłaniał mu twarz, nie mogła dostrzec twarzy agresora. Spoglądała na nieprzeniknioną, gęstą ciemność. Napastnik szedł nieśpiesznie, zbliżając się do bladej z przerażenia tirówki. W prawej dłoni trzymał zakrwawiony nóż, który rozmiarem swoim przypominał raczej mały miecz. W drugiej dłoni ściskał skórę, którą zdarł z twarzy Mariety.

Żaneta ujrzała ponownie swoją koleżankę obdartą z człowieczeństwa. Makabryczne obrazy z wnętrza Hondy wyświetlały się jej w głowie, układając w jedną przerażającą całość. Kosmyk kruczo-czarnych włosów przylepił się do zakrwawionych kości policzkowych, postrzępione płaty skóry powiewały na wietrze odsłaniając mięśnie twarzy. Oczy zwisały bezwładnie na cienkiej żyle, obijając się o nos. Rozdarta bluzka obnażała okaleczoną klatkę piersiową, z której wycięte zostały atrybuty kobiecości. Z rozległej rany przypominającej cesarskie cięcie, wylewały się wnętrzności, które spłynęły pomiędzy jej uda.

To świeże, upiorne wspomnienie zmotywowało kobietę do przetrwania. Żaneta za nic w świecie nie chciała tak skończyć. Poczuła coś dziwnego, nagły przypływ odwagi ośmielił ją do ataku. W przypływie desperacji, zdobyła sie na rzecz niebywałą. Natarła na niego z impetem rażąc paralizatorem. Mężczyzna ugiął nogi tracąc równowagę. Upadł na ziemie, upuszczając nóż. Żaneta nie zamierzała teraz odpuszczać, pragnęła usmażyć tego sukinsyna. Raziła go ponownie. Morderca chrząknął cicho poczym stracił przytomność. Ciekawość zwyciężyła nad instynktem przetrwania. Zamiast brać nogi za pas, zapragnęła poznać tożsamość Rozpruwacza. Zdjęła kaptur z jego głowy. On wcale nie był rudy, ale jakiś dziwny. Miał jakiś defekt, wadę genetyczną. Usta nienaturalnie duże, oczy nierówno osadzone, czoło uwydatnione jak u delfina. Skóra dziwnie sylikonowa, jakby sztuczna i bardzo rozciągliwa. Zaraz to przecież maska……

– UMKH – Charknęła dusząc się własną krwią. Rozpruwacz przeszył jej gardło na wylot. Poczuła jak ciepła krew spływa  na  jej piersi. Oczy zaszły mgłą, obraz oprawcy rozmył się. Upadła twarzą na ziemię, czując  stęchłe liście wymieszane z lepką ziemią. Słyszała dźwięk rozdzieranych szat, czuła ucisk na plecach. Morderca ściągał z niej kolejne partie skóry, zostawiając mięśnie na widoku. Nie czuła jednak  bólu, endorfiny zrobiły swoje. A jednak nie pozna tożsamości Rozpruwacza….

Głupia śmierć -pomyślała widząc przed sobą ciemny tunel.

       30.03.2015        Maciej Szymczak

Share

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *