Worms: Armageddon - KOSTNICA - POZORNIE MARTWA STREFA || Kostnica.Com.PL

Worms: Armageddon

WORMS: THE BEST

Ostatni okres to czas, kiedy albo ogrywam gry, w które zawsze od dziecka zamierzałem zagrać, ale z tych czy innych powodów nie było mi to dane, albo odświeżam kultowe tytuły. Szczególnie jedną serię, którą uwielbiam od długich lat i nigdy mi się nie nudzi, niezależnie ile razy bym nie grał w którąkolwiek jej odsłonę – i kupuję kolejne, choć mam już tyle części, a każda jest niemal taka sama. Mowa oczywiście nieśmiertelnych „Wormsach”, których najbardziej znana i ceniona odsłona, czyli legendarny „Aramgeddon”, wpadła po latach w moje ręce. I chociaż nadal uważam, że „Worms World Party” i „W.M.D.” to te odsłony, które są najlepsze, „Armageddon” to gra, która niemal wcale się nie zestarzała i wciąż zachwyca, chociaż jest prostą dwuwymiarową rozrywką opartą na powtarzaniu wciąż tego samego.

„Worms” to turowa gra oparta na atakowaniu drużyny przeciwników najróżniejszymi rodzajami bron na różnych planszach. Cel jest prosty: wyeliminować drugą drużynę. I to jak najszybciej!

„Worms: Armageddon” to gra, która przeszła do historii. Uważana za najlepszą z serii i jedną z najlepszych w gatunku, jest właściwie poprawioną wersją o dwa lata wcześniejszej części drugiej. To tam wygląd robaków został ostatecznie ukształtowany i to tam pojawiły się takie, losowo generowane plansze, jak tutaj. Wygląd całości też jest zbliżony, łącznie z wszelkimi opcjami. Menu zostało jednak udoskonalone, tak samo jak SI komputera, przybyło więcej broni i więcej jest też plansz. A cała rozgrywka stała się bardziej płynna i dynamiczna, niż w którejkolwiek z pozostałych – także późniejszych – odsłon.

Do tego mamy tryby treningowe, misje czy poprawioną funkcjonalność niektórych broni. Szybciej spadają zrzuty skrzynek itp. Sporo jest też opcji personalizacji. Grywalność jest znakomita, niezwykle płynna i przyjemna, obsługa prosta, a polski dubbing, jak zawsze, udany. Co zatem zgrzyta? Właśnie poziomy treningowe, które czasem są przesadnie wymagające, a bez zaliczenia ich nie odblokujemy misji dodatkowych. Szkoda, bo w „Worms: W.M.D.” treningi są bardziej różnorodne, łatwiej je zaliczyć i nie są wymagane do odblokowywania poziomów.

To jednak dość niewielki minus, bo w „Worms” gra się głównie dla zabawy w trybie multi. A ta, czy z komputerem (który nadal co prawda używa głównie bazooki, ale jednak SI stoi na lepszym poziomie), czy w gronie innych graczy, jest rewelacyjna i nigdy się nie nudzi. W skrócie świetna, odprężającą rozrywka gwarantowana. Można grać kilka minut, można zrobić zdecydowanie większe poziomy i cieszyć się długą rozgrywką. Dla każdego, coś miłego. Pod warunkiem, że lubi się „Wormsy”, ale jak tu ich nie lubić, prawda? A o popularności gry niech świadczy jej obecna cena, która mimo ponad dwóch dekad od premiery, nadal przekracza ceny niejednych hitów sprzed zaledwie kilku lat (choć akurat teraz możecie dorwać go na Steamie na promocji).

Michał Lipka

Share

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.